Basso profondo
Wiek: 40 Dołączył: 04 Sie 2007 Posty: 4421
Post nr 1, Wysłany: 2011-06-18, 17:31 Hartman wciąz w szczytowej formie
Prawdziwie wolni ludzie nie muszą już czytać. Wkrótce odnajdziemy swe przeznaczenie - znów staniemy się małpami. I będziemy szczęśliwi.
Gdy nie było jeszcze książek, nie było problemu. Nieliczni czytali sobie na głos uczone zwoje, a reszta cieszyła się klechdą i kazaniem. Dopiero gdy zaczęto kroić papier i oprawiać w deski, zrobiło się niebezpiecznie. Uczonych w piśmie, nie tylko świętym, zaczęło jakby przybywać. Ale prawdziwa katastrofa nastąpiła dopiero po wynalezieniu druku. Oto rozmaici niepowołani zeloci pokupowali sobie Biblię i zaczęli ją studiować na własną rękę, a nawet na własny rozum i sumienie.
Gutenberg wypuścił dżina z butelki, a dżin uczynił reformację. Po reformacji, niesyty, zabrał się do spraw świeckich. Drukowana plaga spadła na bezbronne owczarnie Europy i zamieniła pokorne baranki w stado politycznych wilków. Oto bezbożne gazeciarstwo, ów internet XVIII wieku, uczyniło z maluczkich rzemieślników i pisarczyków biedujących po miastach bluźnierczą "opinię publiczną". Na domiar złego żądni zysku xięgarze już od XVI wieku karmili lud jarmarcznymi romansidłami i bajdami o rycerzach, w których pod płaszczykiem cnoty i pobożności kipiała chuć i kotłowało poróbstwo.
Aż przyszedł ten czas, gdy nawet paryski prostaczek dość umiał składać litery, by odczytać rewolucyjną ulotkę: wolność, równość, braterstwo! Słowo pisane, przez tysiące lat służące pospołu możnym i uczonym do stróżowania wieczystemu porządkowi boskich praw na ziemi, wielce dla panów tych korzystnych, trafiwszy spod prasy do brudnych oficyn i pod chłopskie strzechy, obróciło się w oręż wolności. Wyzwoliło duchy narodów, oświeciło i zeświecczyło miejską masę, uwolniło naukę od scholastycznego wzdęcia.
Wolność do nieczytania
Jednak prawdziwa i ostateczna potęga książki miała się objawić w czymś innym. Oto z łona odrodzenia i nasienia oświecenia narodziła się nowoczesna kultura humanistyczna wykarmiona na powieści, wierszu i eseju, zapatrzona w Grecję, rozmiłowana w leśnych bajdach Północy, lecz przecież ciągle chrześcijańska. Rabelais, Cervantes, Montaigne przetarli szlak, którym poszła nowoczesna Europa. Szlak książki. I gdy w XX wieku oświecenie spełniło swą obietnicę i trafiło do mas, wszystkim się zdawało, że szczytem marzeń jest naród złożony z inteligentów, którzy nauczeni tego w szkole do grobowej deski delektują się Literaturą.
Guzik z pętelką. Zapomnijmy. Niemądre pretensje wymarłej sekty egzaltowanych czytelników wczytanych w Goethego, Manna, Prousta albo Joyce'a czas oddalić, a ich posłańców odprawić z powrotem do zakurzonych bibliotek. Niechaj sobie tam siedzą ci erudyci-maniacy, za pan brat z molem i roztoczem. Nam e-papier, czytnik i sieć. Niech żyje wolne czytanie! Książka przyniosła nam wolność - niechaj teraz pozwoli nam tę wolność praktykować.
10 książek gramotnego obywatela
Mniej czytamy? Owszem, ale i tak więcej niż nasi pradziadowie, wprawdzie żyjący w epoce rozkwitu literatury, lecz w większości niepiśmienni. Czytamy szybko, łatwe i krótkie teksty? Cóż, na grube książki czas mieli i nadal mają nieliczni, za to wielu miało i dziś ma całe półki nieprzeczytanych nigdy tomów. Normalnie pracujący człowiek - dawniej i dziś - może sobie poczytać jakąś godzinkę albo dwie dziennie. To daje 20-100 stron zależnie od trudności tekstu i tempa lektury.
Odliczając połowę na gazety i czasopisma, dostajemy taki rachunek: gramotny, lecz pracujący obywatel czyta co roku 10-50 książek. W ciągu życia średnio pewnie z tysiąc. Zawodowy erudyta, pochłaniacz książek wyrabia tę normę w trzy lata. W dodatku rozumie i pamięta, co przeczytał, a zwykły inteligencki szaraczek nie za bardzo. Ten czyta dla przyjemności, niekoniecznie mądre rzeczy i wcale taki znowu mądry od tego się nie robi. Bo może i książki kształcą, ale jak kto głupi, to mu nawet cała biblioteka nie pomoże.
Moje życiowe tysiąc książek pozostawi mnie takim samym ignorantem w godzinę śmierci, jakim byłem za życia. Wszak to ledwie mała kropelka w oceanie tekstów, a nawet Tekstów. Swoją drogą z tymi wielkimi Tekstami też nie należy przesadzać, bo i tam głupstw nie brakuje.
Poza tym, gdy jeszcze byliśmy sobie małą Europą, mogło się nam wydawać, że jest jakaś jedna Wielka Literatura tworząca Kulturę. Homer z Platonem, Owidiusz z Horacym, Petrarka z Miltonem. Jednak gdy trochę wychynęliśmy na świat, widzimy, że takich klasyków i kanonów można by namnożyć, że taki Pendżab nie gorszy od Bałkanów, a mity Północy nie głupsze od mitów Południa. I nie o żaden multikulturalizm mi chodzi, lecz o to, że tego wszystkiego nie da się przeczytać i że wszyscy jesteśmy ignorantami, no, może z wyjątkiem Kani i Gondowicza, ale oni przecież od innej małpy pochodzą.
Do czytania rzeczy poważnych trzeba mieć talent i umysł znacznie więcej niż przeciętny. Dlatego próba wepchnięcia przeciętnego człowieka na widownię parnasu jest przedsięwzięciem niemądrym i niesmacznym. A dręczenie dzieci lekturami, z których nic zrozumieć nie mogą, bo nie dla dzieci je pisano, to już niemal perwersja. Gdy patrzę, co się biedactwom każe w szkole czytać, na te wszystkie bryki z internetu i "klucze" do egzaminów z polskiego, to ja bym już wolał, żeby mi dziecko poszło na rower. Nie chcę, żeby moja córka wyrosła na przemądrzałą ćwierćinteligentkę, jaką chce z niej zrobić szkoła. A obawiam się, że wielkie urzędowe "promowanie czytelnictwa" (kto wynalazł ten zwrot potworny?) tą samą ręką "strasznego mieszczanina" jest czynione co programy nauczania polskiego, klucze do matur i inne bezeceństwa w tym rodzaju.
O nie, nie marzę o Polsce pod rządami takich jak ja zwyrodnialców, którym w mózgach przerosły bicepsy poruszające językiem i piórem, ale nie chcę też Polski półinteligenckiej, urobionej łapami filistrów. Pragnę Polski ludzi wolnych i radosnych, co swój rozum mają, a czytają sobie od czasu do czasu, co im się podoba, dla przyjemności, a nie dla Kultury. Dawno już skapitulowałem, czyli "wyluzowałem", i to samo polecam Szanownemu Państwu.
Dzięki kompleksom
Czytanie ma wszelkie cechy blagi lub mitu, jak kto woli. To tak jak z seksem. Wszystkim się wydaje, że inni mają go mnóstwo, w wielkim urozmaiceniu, a tylko oni sami jakoś tak szaroburo. Podobnie inteligentom wydaje się, że inni porządnie czytają, od deski do deski wartościowe rzeczy, a tylko oni mało i niedokładnie. Bez tego złudzenia i bez tych kompleksów nie byłoby zresztą poważnej literatury. Owładnięci mitem "czytelnictwa" autorzy biorą się do pracy w złudnym przekonaniu, że ktoś ich będzie czytał i rozumiał - nawet coś, czego nie udało im się powiedzieć. Z tych wszystkich narcystycznych iluzji, lecz także z przyjemności, jaką daje lektura, coś jednak dobrego wynika. W sumie przecież sporo dobrych rzeczy się pisze i czasem ktoś to jednak mniej czy bardziej uważnie poczyta. Jesteśmy od tego odrobinę inteligentniejsi i odporniejsi na ciemnotę. O mądrych zaś martwić się nie musimy. Ten gatunek, choć jest rzadki, to ma się wcale dobrze. Ludzie mądrzy zawsze będą i zawsze będą dużo czytać. Przetrwają mimo szkoły i "promowania czytelnictwa".
Waginalnie, digitalnie sączy się słowo
Pisząc niniejsze w pociągu z Krakowa do Warszawy, moim drugim domu na kołach, mogłem poznać czytelnictwo narodowe organoleptycznie. Naprzeciw mnie, ach, blondynka. Blondynka czyta "Gazetę". Po chwili odkłada i bierze się do amerykańskiego romansidła w oryginale. Czytelniczka, okazuje się, właśnie zdała maturę, a jej prezentacja z polskiego dotyczyła "Wyznań nimfomanki" (czas poważnie rozważyć likwidację szkół...). Książki czyta przygodowe, a romansidło służy jej do nauki angielskiego, gdyż wybiera się do Albionu zarabiać na studia z zakresu grafiki komputerowej. Zapewniła, że książki lubi i nigdy ich nie porzuci. Czytelniczka nowej ery - żadnych zahamowań.
Zapytała, co bym jej polecił. Mozolnie literujemy: Gargantua i Pantagruel. Oczarowany tą egzotyką wysiadłem na Centralnym z mocną wiarą: jeszcze książka nie zginęła! Waginalnie, digitalnie, po drogach żelaznych sączy się w mózgi słowo gramatyczne, słowo logiczne. Zawsze sobie drogę znajdzie. Tekstura oplata jej kibić, bluszcz kultury lubieżnie wspina się na łono kolejnej niewinnej Ewy.
Dość. Jesteśmy obrzydliwi. Stanowczo można się bez nas, satyrów pióra, obyć.
Puszkin przy obiedzie
Ale i ja jestem, prawdę mówiąc, młody. Bliżej mi do tej dziewczyny z pociągu niż do własnego ojca. Mój ojciec, rocznik 1914, deklamował przy obiedzie wiersze Schillera, Puszkina i kogo tam jeszcze. Był sercem w XIX wieku. Obszerną pamięć hojnie nastręczał wieszczom. Moja zaś pamięć spoczywa w nieznanych serwerach, w internetowej chmurze. Dla mnie po "Quousque tandem abutere, Catilina..." jest już tylko "et cetera". Czytam, ale nie doczytuję do końca. I nic nie mogę zapamiętać. Nie muszę - sieć pamięta.
Na szczęście rozumiem, co czytam. Taki mój fach. I w dodatku piszę - w owym narcystycznym złudzeniu, że ktoś to przeczyta i mniej więcej ogarnie. Ale fakty temu przeczą. Rację miał Lem, parafrazując Gorgiasza: nikt nic nie czyta, a nawet gdyby czytał, to i tak by nie zrozumiał, a nawet gdyby zrozumiał, toby nie zapamiętał. Podkreślam raz jeszcze: literatura wyrasta ze złudzenia. Piszemy, bo lubimy samych siebie inteligentnymi i wygadanymi. I czytamy z tego samego powodu. Literatura jest dziwowiskiem ludzkiej inteligencji i talentu. Jej zadaniem jest być lepszą od swych autorów i czytelników. Uwiedzenie, oczarowanie. Po prostu erotyka. I co się dziwić, że po lekturze przychodzi sen zapomnienia?
Powrót do jaskini
W nowym świecie nieskończonej biblioteki w e-czytniku nie będzie już rządów Autora ani poddaństwa Czytelnika. Książęta krytyki nie będą nam już dyktować, komu składać mamy daniny naszego czasu i uwagi. Erudyci z krwi i kości staną się żałosnymi dziwolągami udającymi mądrość wszechwiednej sieci. Absolut hipertekstu, biblioteka totalna, o której marzył Borges i inni, stanie się wkrótce faktem. Nasze umysły wyleją się z czerepów i przeniosą do sieci, która stanie się już wkrótce naszym umysłem wspólnym i uniwersalnym. Nie będzie już autorów i czytelników. Każdy będzie pisać i każdy będzie czytać. Nie będzie pisania do szuflady i pisania do druku, zawodowców i amatorów. Wszystko, co napiszemy, nagramy i sfilmujemy, będzie publiczne i wszystko będzie prywatne. Mądre zmiesza się z głupim, literatura z grafomanią, nauka z ciemnotą. Przez nasze czytniki i przez nasze mózgi przepływać będą każdego dnia setki urywków - czytanych w roztargnieniu lub słuchanych jednym uchem - na niezliczoną liczbę najbardziej rozbieżnych tematów. W tej kakofonii zgranulowanych i skompresowanych treści to i owo zdoła jednak przykuć naszą uwagę i zatrzymać przy sobie myśl, wyobraźnię i uczucie. Niełatwo będzie się przebić. Formy krótkie, lecz pojemne i wyraziste zdobywać będą na chwilę przyczółki w naszych mózgach-końcówkach sieci, by zaraz ustąpić miejsca kolejnym, jeszcze doskonalszym "multimedialnym" monadom.
Czeka nas epoka fascynująca. W absolutnej wolności wymiany tekstów, nagrań i obrazów kanony i hierarchie skazane są na kompromitację. Każdy z nas będzie arbitrem obdarzającym punktami swej uwagi, swymi łaskawymi kliknięciami to czy owo, wchodzącym każdego dnia w setkę nisz i zostawiającym w nich swe ślady: dopisek, ocenę, inwektywę. Prywatnie i na własną rękę. Kultura rozdrobni się w miliony aforyzmów i obrazków. Dzieła złożone i rozwlekłe ustąpią miejsca "spotom", czyli utworom kropkom, zwartym i monadycznym niczym haiku, a jednocześnie wplecionym w sieć niekończących się odesłań, którymi nie będzie zarządzać erudyta, lecz silnik wyszukiwarki.
Już niedługo ziści się proroctwo sprzed półwiecza: świat jako mille plateaux, tysiąc płaszczyzn, które wieszczyli Deleuze i Guattari.
Kiedyś pogrążaliśmy się w lekturze, by zapomnieć o swoim małym, nieprawdziwym i niedobrym świecie. Pogrążaliśmy się w iluzji świata lepszego i lepszego życia, które było zawsze nie tu, gdzie my. W samotności lektury przestawaliśmy z wyższymi duchami i zdradzaliśmy samych siebie. Dziś czytając-pisząc, słuchając-mówiąc, wyglądając-oglądając, jesteśmy z innymi, we wspólnym, doskonale realnym wirturealu, w prawdziwie własnej, wytworzonej pospólną pracą rzeczywistości. Odzyskując wolność i odzyskując kulturę, nie będziemy już szukać w niej odskoczni od nędzy naszego życia. Nareszcie będzie nasza, wyemancypowana. Będziemy w niej u siebie, i to razem z innymi - nie z duchami, lecz z ludźmi, współczytelnikami i współtwórcami. Zamiast topić w książkach swą straszliwą samotność, nauczymy się z radością odnajdować samych siebie właśnie wtedy, gdy odłączymy się od sieci.
Prawdziwie wolni ludzie nie muszą już czytać. Naszym ostatecznym przeznaczeniem jest być na powrót offline, sami z sobą - bez słuchawek, bez tabletu, bez książki. Pragniemy powrotu do jaskini. Epoka wyzwolonej i totalnej kultury, mille plateaux, tam nas właśnie prowadzi. Gdy i ona przeminie, nareszcie odnajdziemy swe przeznaczenie - znów staniemy się małpami. I będziemy szczęśliwi. Dopóki znów nie przyjdzie jakiś Platon.
PS. Prof. Jan Hartman (ur. 1967) - niemalże mój rówieśnik. Boże, dlaczego to nie mnie dałeś tyle błyskotliwości? Im starszy jestem, tym głupszy się sobie wydaję.
_________________ Nemo suo iure uti debet, ut alteri laedat.
W nowym świecie nieskończonej biblioteki w e-czytniku nie będzie już rządów Autora ani poddaństwa Czytelnika. Książęta krytyki nie będą nam już dyktować, komu składać mamy daniny naszego czasu i uwagi. Erudyci z krwi i kości staną się żałosnymi dziwolągami udającymi mądrość wszechwiednej sieci. Absolut hipertekstu, biblioteka totalna, o której marzył Borges i inni, stanie się wkrótce faktem. Nasze umysły wyleją się z czerepów i przeniosą do sieci, która stanie się już wkrótce naszym umysłem wspólnym i uniwersalnym. Nie będzie już autorów i czytelników. Każdy będzie pisać i każdy będzie czytać.
Nie wiem czemu pisze w czasie przyszłym?
Cytat:
Czeka nas epoka fascynująca. W absolutnej wolności wymiany tekstów, nagrań i obrazów kanony i hierarchie skazane są na kompromitację. Każdy z nas będzie arbitrem obdarzającym punktami swej uwagi, swymi łaskawymi kliknięciami to czy owo, wchodzącym każdego dnia w setkę nisz i zostawiającym w nich swe ślady: dopisek, ocenę, inwektywę. Prywatnie i na własną rękę. Kultura rozdrobni się w miliony aforyzmów i obrazków. Dzieła złożone i rozwlekłe ustąpią miejsca "spotom", czyli utworom kropkom, zwartym i monadycznym niczym haiku, a jednocześnie wplecionym w sieć niekończących się odesłań, którymi nie będzie zarządzać erudyta, lecz silnik wyszukiwarki.
pięknie napisane, ale znowu nie wiem czemu w czasie przyszłym, a ja zostawiłem ten papierowy przeżytek na półeczce koło łóżka i poszedłem zostawić ślad po sobie na forum. Będę małpą?? Nie! już jestem. Zresztą dość często przypomina mi o tym moja żona.
_________________ We gonna ride the sea,
we pray to the wind and the glory
That's why we are raging wild and free
Basso profondo
Wiek: 40 Dołączył: 04 Sie 2007 Posty: 4421
Post nr 3, Wysłany: 2011-09-01, 22:22
Hartman: Szkoła do przebudowy
30 sierpnia 2011 09:25, ostatnia aktualizacja 20:36
Szkołę jako instytucję najchętniej wysadziłbym w powietrze. Skoro jednak szkoła być musi (bo nikt jeszcze nie wymyślił niczego w zastępstwie), to należy ją przebudować od piwnicy po dach.
Nie potrzebujemy reformy szkolnictwa – trwa ona permanentnie od zawsze, ku zadowoleniu edukacyjnych biurokratów wszystkich szczebli. Kochają reformowanie, wymądrzanie się i udawanie, że wszystko idzie jak najlepiej. Tym bardziej że sami formułują kryteria, wedle których oceniają własne osiągnięcia. A więc żadnej reformy! Szkołę trzeba by rozłożyć na elementy proste, zrobić selekcję, a potem złożyć od nowa. Całkiem inną. Ale to chyba niemożliwe. Cóż tedy? Oto moja diagnoza i mój nierealistyczny, acz minimalny plan naprawczy. A więc, mimo wszystko, reforma…
Szkoła hipokryzji i „godności”
System szkolnictwa jest imperium fikcji, uczącym kłamstwa, gry pozorów i zadufania w sobie. Wielkie udawanie zaczyna się od zerówki i trwa do samej matury. Wszystkie szkoły są „fajne” – nauka przez zabawę, „projekty” i „prezentacje”, zajęcia pozalekcyjne, wycieczki, sport i radosne poznawanie „otaczającej rzeczywistości”. Wszystko „przyjaźnie” i „bez przemocy”. Nauczyciele, uczniowie i rodzice tworzą mądrą, demokratyczną wspólnotę, niemalże przymierze dla „rozwoju” dzieci. Silniejsi wspierają słabszych, uczymy się od siebie nawzajem, jesteśmy otwarci na świat, przepaja nas duch tolerancji, a ciekawość i entuzjazm prowadzą nas do coraz to nowych „sukcesów”, upamiętnionych dyplomami i pucharami.
Tere-fere kuku. Szkołą rządzi dyrektor, który potrzebuje „wyników” do wykazania się przed kuratorium. Żeby „zrobić wyniki”, musi zdobywać te „puchary” i „dyplomy”, nauczycieli trzymać krótko, aby broń Boże nie wdawali się w jakieś kontrowersyjne czy nowatorskie działania, konflikty zamiatać pod dywan, schlebiać lichym drobnomieszczańskim gustom i taniej poprawności pedagogiczno-politycznej, uprawiać martyro-patriotyzm na szkolnych apelach i akademiach, a przede wszystkim płaszczyć się przed księdzem i biskupem.
Dobrze żyjesz z księdzem i kuratorem, kłaniasz się komu trzeba, międlisz frazesy i uśmiechasz się przymilnie a fałszywie – wytrwasz na stanowisku do emerytury. Podpadniesz kurii, zaliczysz jakąś aferkę opisaną w gazecie, któryś nauczyciel zerwie ci się ze smyczy i zrobi coś ciekawego – wracasz do klasy. Konformizm, oportunizm i kunktatorstwo to święte zasady edukacyjnego molocha pod ministerialno-biskupią pieczą. Tu nikt nie podskoczy, a już zwłaszcza na prowincji. Dyrektorzy kulą się przed kuriami, kuratoriami i wizytatorami, nauczyciele przed dyrektorami, rodzice przed nauczycielami i tylko dzieci sobie bimbają, bo wiedzą, że nikt im nic nie zrobi. Wszak to skarby, same niewiniątka.
Czego się uczą? Uczą się, że państwo i instytucje opierają się na udawaniu i oszustwie. Są one w szkole tak wszechobecne i oczywiste, że prawie się ich nie zauważa, tak jak nie zauważa się powietrza. Fikcją po prostu się żyje. Dla usprawiedliwienia i zachowania pozorów subkultura szkolna zatapia hipokryzję w głupkowatym infantylizmie, na zmianę z gombrowiczowskim protekcjonalizmem. Obłudna, głupawa, dziecinna i zarozumiała szkółka wzbudza w uczniach tyle szacunku, co stragan z pamiątkami. Zresztą i tu, i tu dzieci się tłoczą, hałasują i rywalizują, które lepsze. Taka to jest „wychowawcza funkcja szkoły”. Nie dziwmy się więc, że zblazowanie i cynizm, przeplatane hałaśliwą dziecinadą, stają się z wolna etosem naszego społeczeństwa. Jakie społeczeństwo, taka szkoła – jaka szkoła, takie społeczeństwo.
W szkole chodzi o to, żeby się nie narobić, a program „przerobić”. Program jest bardzo uczony, a realistyczny – niczym brazylijska telenowela. Nieważne. Ma być tak, żeby było dobrze. Nauczyciel uczy, potem zadaje wielkie i trudne zadanie domowe, potem odrabiają je rodzice czy korepetytor, z reguły zrzynając coś z internetu, potem uczeń udaje, że zadanie zrobił, potem nauczyciel udaje, że nie wie, skąd to się wzięło, potem wszyscy udają idiotów, którzy nie wiedzą, że zrzynanie i kłamstwo jest złe, potem zaś są piątki. Na pożegnanie szkoły tresuje się dzieci pod głupie testy, ucząc je przy okazji, że wiedza to umiejętność wypełniania testów, a wiedzieć i udawać, że się wie, to to samo. Na koniec cieszymy się, że w testach wypadliśmy nie gorzej od innych. Dyplomy, kwiatki, msza i wakacje.
Wszystko to nas bardzo męczy. Dlatego jak się tylko da, to robimy sobie małe wagary – a to rekolekcje, a to zielone szkoły, a to kino, a to basen – byle tylko lekcji jak najmniej, byle szybciej, byle milej do świąt, do wakacji. I tak się szkolny światek kręci. Na końcu wychodzą z tego półanalfabeci, zresztą bardzo z siebie zadowoleni. Bo „godność”, czyli zadowolenie z siebie, jest paliwem systemu. Tanim, łatwym do odtworzenia, bezpiecznym.
Na to, co tutaj piszę, też najłatwiej zareagować świętym oburzeniem. Dla małego utrudnienia dodam, że owszem, jest trochę dobrych szkół i pewien odsetek zdolnych i wiele umiejących uczniów. Akurat tyle, żeby dostarczyć alibi dla pogrążonych w ignorancji i samozadowoleniu rzesz oraz „wyników” czy „wskaźników” dla urzędów. Ale uczyć się na serio? Czytać książki? Po co, skoro wszystko można sprawdzić w sieci. Tylko głupek „uczy się pamięciowo”. Trzeba przecież „uczyć się myśleć”. No ale każdy swój rozum ma i nikomu nie powiemy, że „nie umie myśleć”. Toż to by było poniżanie „godności”… I tak kółko się zamyka. Jesteśmy wszyscy mądrzy i kochani. W różowym puchu zdarzają się wprawdzie „patologie”, czyli jakieś tam paręset tysięcy zapitych i zaćpanych nastolatków, ale do tego są „programy” i wszechobecna „pomoc”. Bo w systemie, w którym dzieci to nietykalne niewiniątka (gdyż tak myślą o nich rodzice, a z nimi nie ma po co wojować), im większy z ciebie chuligan, tym więcej wymagasz „troski” i tym bardziej trzeba ci „pomagać”.
Ale ja bym jeszcze to wszystko zniósł. Trywialność i infantylizm środowiska szkolnego, skazanego na izolację społeczną, rządzącego się prawami subkultury biurokratycznej, opartej na oportunizmie, hipokryzji i inercji, to prawie dopust Boży. Tego zmienić się bodaj nie da. A już na pewno nie można obwiniać nauczycieli i urzędników. Oni tego systemu nie tworzyli, a podporządkować się muszą, jeśli chcą mieć pracę. System jest jak Związek Radziecki. Wieczny (aż do niespodziewanego upadku). Znieść nie mogę czegoś innego. A mianowicie bezhołowia. W polskich szkołach dzieci dręczy się rzeczami, których albo pojąć nie potrafią, albo do wykształcenia i wychowania nie są im potrzebne, albo w ogóle są jakimiś anachronizmami lub inną drętwą propagandą. W megalomańskich umysłach marzycieli sprzed stu lat zrodziły się mrzonki, że masy ludowe nauczą się matematyki i fizyki, plus literatura ojczysta na dobitkę, i z tego powstanie człek racjonalny a Polskę kochający.
Czy trzeba być specjalistą, żeby wiedzieć, iż eksperyment z nauczaniem mas matematyki i fizyki po prostu się nie powiódł? Czy tak trudno się domyślić, dlaczego po tysiącu lekcji matematyki podczas edukacji szkolnej obywatel ledwie radzi sobie z czterema działaniami? Po co ten zgryw? Po co udawanie? I podobnie z fizyką, która jest z całą oczywistością za trudna dla przeciętnie inteligentnego człowieka. A jeszcze gorzej z polskim, na którym uczy się dzieci, jak kłamać, że przeczytało się lekturę oraz jak należy się wymądrzać i zgrywać „małego filologa”. Wszystko to nadaje się do pieca. Absolwent liceum umie tyle mniej więcej, ile wedle oficjalnych założeń powinien umieć absolwent podstawówki, a ci, którzy ucząc się pilnie i będąc szczególnie uzdolnieni, jednak przyswoją sobie „,materiał” liceum, nie mają żadnej niemal wspólnej wiedzy z wykształconymi elitami społeczeństwa i skazani są na to, że w ciągu kilku lat prawie wszystko i tak zapomną.
Demoralizacja, do której prowadzi szkoła, aż nadto widoczna jest, gdy młodzież trafia na studia. Ordynarne zrzynanie, oszukiwanie nauczycieli, zamawianie prac zaliczeniowych i inne występki nie tylko mają charakter masowy, lecz także w większości dokonują się bezwstydnie, bez żadnego poczucia winy u sprawcy. Student przyłapany na tym, że ściągnął pracę z internetu, podpisał się pod nią i oddał wykładowcy, na ogół nie zdaje sobie sprawy, że dokonał kradzieży i oszustwa, a jakąkolwiek karę za taki postępek uważa za wielką niesprawiedliwość. A to właśnie w szkole nauczył się kraść, zaś tysiąc lekcji religii nie starczyło, by się dowiedział, że kradzież jest złem.
Co z tym zrobić?
Gdybym był demiurgiem albo dyktatorem, to zanim rozebrałbym szkołę i poskładał od nowa (nie wiem jak!), nakazałbym natychmiastowe zmiany ad hoc. Najpierw wyrzuciłbym z programów szkolnych to wszystko, czego dzieci i tak się nie uczą i czego uczy się w szkołach bezproduktywnie i bez żadnego sensu. Można by z powodzeniem obciąć połowę godzin matematyki, fizyki i chemii. Sporo z biologii i geografii. Za trudne, zbędne, w skali masowej niewyuczalne. Zdobyte tym sposobem godziny przeznaczyłbym na naukę tego, czego nie uczy się prawie wcale, mimo że bez wątpienia potrzebne jest nieporównanie bardziej niż rozdęte do niemożliwości lekcje tzw. przedmiotów ścisłych, z których prawem stotalizowanej szkolnej hipokryzji i tak wszystkim dzieciom daje się pozytywne stopnie.
Skoro tak kochamy „myślenie”, to udowodnijmy to, wprowadzając do szkół naukę myślenia, czyli logikę (na poziomie elementarnym). Zbyt trudna matematyka myślenia nie uczy – logika czyni to bezpośrednio i z brutalną precyzją. Idźmy dalej. Czy Polak wie, dlaczego rząd nie może nadrukować pieniędzy i mu dać? Bynajmniej. Nie uczy się go wszak ekonomii. A czy ma choć elementarną kulturę prawną? A niby skąd? Kto by tam lud młody a ciemny wprowadzał w arkana tajemnej wiedzy prawniczej. Jeszcze by poznał swoje prawa i co wtedy? A medycyna? Ależ to wiedza zastrzeżona dla lekarzy z dyplomami! Jeszcze by który taki mądry po kursie propedeutyki medycyny coś sobie samopas zaaplikował! Pewnie lepiej, żeby nie wiedział, kiedy może sobie pomóc sam, a kiedy iść do lekarza. Wiedza o życiu erotycznym? Fe, takie rzeczy. Lepiej, żeby tam po ubikacjach bez prezerwatywy, lepiej już te gwiazdy i słoneczka, niż o takich bezeceństwach na lekcji, pod krzyżem świętym. No to może by się dzieci dowiedziały o tym, co ludzkość wymyśliła w sprawach najważniejszych, a więc o naturze bytu i kondycji człowieka, życiu i śmierci, dobru i złu? No nie, to przecież sprawy wiary, a cała ta filozofia to dyrdymały z czasów, gdy nie było jeszcze nauki. No to może chociaż coś na temat rzeczonej wiary – w co i dlaczego ludzie wierzą, jak powstają, zmieniają się i giną religie? Ależ! Jeszcze ktoś gotów pomyśleć, że święta nasza wiara od człowieka pochodzi!
Jako dyktator mógłbym przemocą wprowadzić do szkół elementarz ekonomiczny, prawny i medyczny oraz skromną propedeutykę logiki i filozofii, a nawet odrobinę wiedzy o religii. Porcyjka etyki mogłaby wnieść coś dobrego do rujnowanej przez wszechobecną hipokryzję kultury moralnej społeczeństwa; lekcje wychowania seksualnego wprowadzić nieco ładu w chaotyczny seks nastolatków. Byłbym wszak dyktatorem niezwykle łagodnym. Dzieci nie trzeba męczyć – niechby się uczyły tylko minimum, ale naprawdę. Tego bym żądał i to egzekwował. Bo nic tak nie demoralizuje uczniów, jak świadomość, że stawiane wymagania są fikcyjne, czyli że można w końcu nic nie umieć, a i tak się zda, gdyż nikomu nie chce się zostawiać dziecka na drugi rok w tej samej klasie. Pewnie – po co się z nim męczyć rok dłużej, po co się narażać na konflikty i koszty? Natomiast przeciwdziałać ściąganiu i oszukiwaniu można tylko w jeden sposób – rezygnując z zadań domowych i zastępując je ćwiczeniami z książką i kartką papieru, wykonywanymi pod okiem nauczyciela.
Reforma programów nauczania, likwidacja zadań domowych i realne zagrożenie pozostaniem na drugi rok w tej samej klasie nie zmieniłyby jeszcze paskudnej natury szkoły. Te proste (acz zupełnie niemożliwe do zrealizowania!) środki mogłyby jednak poprawić szkołę na tyle, że z kosztownej i niezbyt bezpiecznej etycznie przechowalni dla dzieci stałaby się czymś w rodzaju nieszkodliwego azylu, gdzie ten i ów czegoś nawet by się nauczył. A jakby się jednak nie nauczył, to by go życie nauczyło. Całe szczęście, że szkoła nie jest aż taka ważna i szybko się o niej zapomina. Tak jak połajanki publicystów.
_________________ Nemo suo iure uti debet, ut alteri laedat.
Wow...miwues...przeczytałam jednym tchem. Zgadzam się z tym, co napisałeś...Hipokryzja, głupie założenia przekładające się na przeładowane programy, durny system: trafna diagnoza...[/list]
Basso profondo
Wiek: 40 Dołączył: 04 Sie 2007 Posty: 4421
Post nr 5, Wysłany: 2011-09-02, 11:01
Aż mi szkoda, że ja tego nie napisałem
Niestety dla mnie to tylko cytat z Hartmana
PS. Cieszę się, że zmieniłaś pracę na dającą więcej szczęścia. Tamta szkoła na Ciebie nie zasługiwała.
_________________ Nemo suo iure uti debet, ut alteri laedat.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum