Ja myślę, że jest to bardziej kwestia stylu życia i wykorzystywania dzieci do niewolniczej pracy niż pestycydów(oczywiście chodzi mi o taką "tradycyjną" wieś, z polami i gospodarstwem). Gdy rodzice zamiast dbać o wykształcenie dziecka wolą dbać o wytresowanie parobka, kończy to się tak jak się kończy i potem trzeba wyrównywać szanse
_________________ As I kissed her goodbye I said, all beauty must die
And lent down and planted a rose between her teeth
Uczyłam na wsi, uczyłam w mieście.
Oczywiście nie wiem, ile wspólnego mają z tym pestycydy, ale obiektywnie rzecz biorąc, dzieci z miasta były bardziej lotne, inteligentne i zdolne niż te wiejskie. I na wsi zdarzały się dzieci bardzo zdolne, ale było ich o wiele mniej, niż w mieście( proporcjonalnie rzecz biorąc). To wychodziło nawet w testach na czytanie ze zrozumieniem, które bardziej przypominają test na inteligencję, niż test konkretnej wiedzy...Na wsi leżała umiejętność wnioskowania, czytania w kontekście czy nawet korzystania z podpowiedzi zawartych w samych pytaniach.
Był też większy problem z rozumieniem treści abstrakcyjnych, choćby odczytanie sensów przenośnych w wierszach. Dzieci wiejskie miały większą tendencję do dosłownego ich rozumienia, dzieci miejskie szybciej "łapały" symboliczne znaczenie danej treści.
Może też wpływ na to ma wykształcenie rodziców- na wsi w każdej klasie( tam, gdzie ja uczyłam) było dwóch-trzech uczniów mających rodziców ze średnim wykształceniem, reszta była po zawodówkach, szkołach podstawowych (pełnych lub nie). Rodziców z wyższym wykształceniem na całą szkołę może było dwoje...
Cytryn
Nie może, ale na pewno wpływ ma wykształcenie rodziców. Wykształceni rodzice dążą, żeby ich dzieci uzyskały przynajmniej podobne wykształcenie, będą "pilnować"swoich pociech i będą wiedzieć jak im pomóc w nauce.
_________________ We gonna ride the sea,
we pray to the wind and the glory
That's why we are raging wild and free
To czemu się karze nauczycieli za "brak wyników" i każe im pisać "programy naprawcze"? Nie dość, że o wiele ciężej pracujemy nad klasą, niż nauczyciel z miasta mający "lotnych uczniów", to potem jeszcze musimy "za karę" siedzieć po godzinach i tabeleczki wypełniać "co źle zrobiliśmy"? Kto to wymyślił?
A nauczyciel mający ucznia zdolnego, wygrywającego w olimpiadach ma "sukcesy"?
Taki zdolny uczeń potrafi uczyć się sam, korzystać z pomocy Internetu, innych ludzi, czyta książki itp..Wkład nauczyciela jest w sumie niewielki, zważywszy na warunki panujące w szkole.
Ostatnio zastanawiałam się, czym jest "sukces" w pracy "nauczyciela". Te durne stopnie awansu z całą pewnością nie są żadnym sukcesem, bo dyplomowanym może być każdy, to jest taki "papierowy sukces". Od kiedy uczę na wsi, nie mam żadnych wyników w nauce, każdy sprawdzian i egzamin leżą, cieszymy się, jak dwa standardy są spełnione
( sukces...? ) i nie trzeba pisać kolejnego programu "naprawczego". Wychowawczo to raczej blado oddziałujemy na uczniów. Jak uczeń grzeczny "z domu", to "oddziałujemy", jak nie- to ma nas gdzieś. To grzeczne dziecko jest "sukcesem" rodziców, a nie nas, nauczycieli.
Wygrywane w konkursach wokalnych, recytatorskich...? Ech, wolne żarty...jaki to sukces...Raz pani radna z panem na emeryturze dadzą nagrodę Jasiowi, a raz Małgosi, choć niewiele się na tym znają, za to sukienka Małgosi im się podobała i fryzura Jasia. Takie "jury" w gminie najczęściej mamy...Jak już wiem, kto będzie w jury, to wiem, jaki mam robić repertuar, żeby jakoś trafić w gusta jury. A i to nie zawsze, bo( podsłuchane), "w tamtym roku I miejsce miała szkoła w Żabich Udkach, dwa lata temu, to teraz damy szkole w Ropuszkach, żeby się też cieszyli..."...A co- sprawiedliwość musi być!
Nie mam poczucia sukcesu od lat. Nauczyciel w ogóle może odnosić jakieś "sukcesy"? Ani awansować nie można( kolejnych "stopni awansu" nie odbieram w ogóle jako "awansowania i sukcesu"), ani premii za dobrze wykonaną pracę nie otrzyma...Trudno też określić, kiedy dobrze pracuje, a jak ma słabe wyniki, to za karę( choćby bardzo ciężko i dobrze pracował cały rok), dowala mu się papierów, bo suche fakty są, jakie są...Ech...
Chyba w każdej pracy ma się potrzebę odnoszenia choćby małych sukcesów od czasu do czasu?
Sama wychowałam się na wsi i chodziłam do wiejskiej szkoły, a potem do liceum w małym miasteczku.
Pestycydy chyba do końca szarych komórek mi nie zżarły, bo skończyłam UW i zrobiłam doktorat z fizyki.
Obecnie mieszkam w mieście, przede mną wybór szkoły podstawowej dla synka.
Nasza rejonowa szkoła mnie przeraża. W normalnym roku 4 klasy na rocznik, w przyszłym jako, że ma być kumulacja roczników przewidują około 7 klas.
Ogromna szatnia przypominająca więzienie (kraty), mało przyjazne wnętrza i boisko.
Jak patrzę na współczesne podstawówki na wsiach do których jeździmy, to wydają mi się takie fajne, kameralne, bardziej przyjazne dzieciom.
Perspektywa chodzenia na zmiany i wychowawczyń, które mają po dwie klasy (bo gmina nie chce dać dodatkowych etatów z braku funduszy) oto co czeka mojego smyka.
Adriannn
Przedmiot nauczania: Język angielski
Wiek: 1999 Dołączył: 14 Maj 2011 Posty: 178 Skąd: pomorskie
Post nr 7, Wysłany: 2011-06-30, 09:02
Cytryn napisał/a:
To czemu się karze nauczycieli za "brak wyników" i każe im pisać "programy naprawcze"? Nie dość, że o wiele ciężej pracujemy nad klasą, niż nauczyciel z miasta mający "lotnych uczniów", to potem jeszcze musimy "za karę" siedzieć po godzinach i tabeleczki wypełniać "co źle zrobiliśmy"? Kto to wymyślił?
A nauczyciel mający ucznia zdolnego, wygrywającego w olimpiadach ma "sukcesy"?
Taki zdolny uczeń potrafi uczyć się sam, korzystać z pomocy Internetu, innych ludzi, czyta książki itp..Wkład nauczyciela jest w sumie niewielki, zważywszy na warunki panujące w szkole.
Ostatnio zastanawiałam się, czym jest "sukces" w pracy "nauczyciela". Te durne stopnie awansu z całą pewnością nie są żadnym sukcesem, bo dyplomowanym może być każdy, to jest taki "papierowy sukces". Od kiedy uczę na wsi, nie mam żadnych wyników w nauce, każdy sprawdzian i egzamin leżą, cieszymy się, jak dwa standardy są spełnione
( sukces...? ) i nie trzeba pisać kolejnego programu "naprawczego". Wychowawczo to raczej blado oddziałujemy na uczniów. Jak uczeń grzeczny "z domu", to "oddziałujemy", jak nie- to ma nas gdzieś. To grzeczne dziecko jest "sukcesem" rodziców, a nie nas, nauczycieli.
Wygrywane w konkursach wokalnych, recytatorskich...? Ech, wolne żarty...jaki to sukces...Raz pani radna z panem na emeryturze dadzą nagrodę Jasiowi, a raz Małgosi, choć niewiele się na tym znają, za to sukienka Małgosi im się podobała i fryzura Jasia. Takie "jury" w gminie najczęściej mamy...Jak już wiem, kto będzie w jury, to wiem, jaki mam robić repertuar, żeby jakoś trafić w gusta jury. A i to nie zawsze, bo( podsłuchane), "w tamtym roku I miejsce miała szkoła w Żabich Udkach, dwa lata temu, to teraz damy szkole w Ropuszkach, żeby się też cieszyli..."...A co- sprawiedliwość musi być!
Nie mam poczucia sukcesu od lat. Nauczyciel w ogóle może odnosić jakieś "sukcesy"? Ani awansować nie można( kolejnych "stopni awansu" nie odbieram w ogóle jako "awansowania i sukcesu"), ani premii za dobrze wykonaną pracę nie otrzyma...Trudno też określić, kiedy dobrze pracuje, a jak ma słabe wyniki, to za karę( choćby bardzo ciężko i dobrze pracował cały rok), dowala mu się papierów, bo suche fakty są, jakie są...Ech...
Chyba w każdej pracy ma się potrzebę odnoszenia choćby małych sukcesów od czasu do czasu?
Mam te same problemy i podpisuję się pod tym. Sama prawda...
Co do wykształcenia rodziców, to rzeczywiście: głównie zawodowe i podstawowe, czasem średnie, ale wyższe to już rzadkość. Ogólnie rzecz biorąc, to we większości ta młodzież w ogóle nie nadaj e się do nauki w szkole średniej, ale musimy ich uczyć i promować, żeby mieć pracę.
tecumseh
Przedmiot nauczania: Język niemiecki
Wiek: 29 Dołączył: 13 Mar 2011 Posty: 48 Skąd: podkarpackie
Post nr 8, Wysłany: 2011-06-30, 16:16
Cytryn&Adriann, co może być sukcesem?
Dużo ich może być, tylko trzeba umieć spoglądać z radością na swoją pracę.
Wymienię rzeczy ważne&nieważne, drobne&niedrobne, takie, które mnie się wydają sukcesami.
Gdy uczeń mów mi, że wreszcie coś zrozumiał z tego niemieckiego, nie tak jak w gimnazjum.
Gdy uczniowie wyrywają się, by pisać kartkówkę.
Gdy chcą iść na konkurs i idą i robią coś dodatkowego.
Gdy sami proponują, że przygotują lekcję. (i to robią)
Gdy mówią mi 3 razy dziennie dzień dobry, nawet jak nie znoszą niemieckiego i jedynki mają.
Gdy mówią, że ciekawe warsztaty były i w ogóle fajna prezentacja o Niemczech.
Gdy są zainteresowani wymianą i wizytą w Niemczech.
Gdy uczeń z indywidualnych, który zazwyczaj ma zahamowania i stany lękowe,nagle się otwiera i zaczyna gadać ze mną.
gdy inny uczeń z indywidualnych opowiada o swoim hobby i adminowaniu na forum jakiejś tam gry.
Gdy dawni studenci (choć już nie pracuję w NKJO od roku), zwracają się się ciagle z prośbami o pomoc/materiały/korektę tekstu itd (na magisterskich studiach będąc)
Gdy studenci, których uczyłem, mają ze mną kontakt po ukończeniu licencjatu i nieraz mówią, jak to w kolegium i na naszych zajęciach było sympatycznie, pozytywnie, ciekawie, i że na magisterskich już wykładowcy niekoniecznie mają do studenta takie dobre podejście.
P.S. Obecnie pracuję w technikum, nie jest to moja wymarzona praca, bo najlepiej pracuje mi się z dorosłymi/lub/i z osobami, które chca się uczyć, ale bez przesady z tą negacją.
Nieraz człowiek ma dosyć, nieraz popełnia błędy (ja ich popełniam pewnie dużo), ale dziwi mnie/drażni ta wasza maniera robienia totalnej tragedii z pracy w szkole, z uczniów bandy idiotów (nie są taką bandą, nawet jak takie wrażenie na nas sprawiają, wystarczy pogadać czasem z nimi indywidualnie, by zauważyć, że ten leniwy/przeszkadzający na lekcji jest całkiem fajnym człowiekiem ze swoimi zainteresowaniami/problemami/przemyśleniami itd), a z nauczycieli jakieś ofiary losu.
Pozdro.
Adriannn
Przedmiot nauczania: Język angielski
Wiek: 1999 Dołączył: 14 Maj 2011 Posty: 178 Skąd: pomorskie
Post nr 9, Wysłany: 2011-06-30, 21:38
Oj wiadomo... są jakieś mniejsze czy większe sukcesiki, ale nie o to chodzi. Na kilkuset uczniów mam dosłownie kilku, z którymi można naprawdę na poważnie pracować - na poziomie szkoły średniej. Cała reszta, to powtórka szkoły podstawowej i gimnazjum. I nie tylko na moim przedmiocie, ja słyszę co się dzieje na innych przedmiotach, np. matematyce, to po prostu nie mogę uwierzyć. Kto to widział, w szkole średniej przerabiać materiał z 6 klasy podstawówki?
A ja myślę, że to nie jest do końca problem dzieci ze wsi.
Nie oszukujmy się w mieście też większości dzieciom się nie chce .
Pochodzę z takiej prawdziwej wsi, z tym wykorzystywaniem dzieci bym raczej nie przesadzała. Widzę jak dużo się zmieniło odkąd ja byłam dzieckiem.
Wtedy dzieci naprawdę pracowały (choć ja się migałam udając, że mam codziennie klasówki ).
Teraz jak patrzę na moich siostrzeńców to zdecydowanie mają luźniej. A uczyć im się nie chce, bo to nudne . Nawet nie chcą, żeby im ciocia pomogła w lekcjach, bo jeszcze za dużo się nauczą a im tyle w szkole nie potrzebne (to słowa mojej siostrzenicy co do 1 klasy technikum chodziła w małym miasteczku).
Fakt, że jak zobaczyłam czego ona się uczy na fizyce to zdębiałam. Z obecnym programem fizyki ma to się nijak.
_________________ "Łatwo jest wychować łatwe dziecko, trudno - trudne"
Barbara Arska-Karyłowska
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum