"Socjolodzy z Uniwersytetu Łódzkiego ogłosili raport na temat agresji w szkołach. Przeprowadzili ankiety wśród 20 tysięcy uczniów podstawówek, gimnazjów i szkół średnich. Wyniki są szokujące.
(...)
Badania ujawniają też związek między poziomem agresji w klasie a sposobem prowadzenia lekcji.
- Więcej agresji jest tam, gdzie nauczyciel prowadzi lekcję tradycyjnie, czyli wygłasza wykład, a uczniowie słuchają, notują i odpowiadają. Nauczyciele, którzy wciągają uczniów w prowadzenie lekcji, dzieląc się w ten sposób władzą, rozbrajają napięcie - mówi Elżbieta Michałowska, współautorka raportu.
Dlaczego tak się dzieje? Paweł Daniłowicz socjolog z UŁ: - Na lekcjach-wykładach uczniowie zazwyczaj się nudzą. Kumulują w sobie energię, którą potem muszą odreagować. Na lekcjach interaktywnych nauczyciel buduje z uczniami partnerską relację. Nie wyrywa znienacka do odpowiedzi, nie wywołuje strachu. Nauczyciel zachęcając do myślenia i działania, kanalizuje energię uczniów."
Interesujące wnioski wysnuli ci badacze. Usprawiedliwiają tym raportem agresję uczniów, rozgrzeszają zuchwałych uczniów, wandali, agresorów i chuliganów. Zwalają natomiast winę za ten stan na nauczycieli, którzy prowadząc lekcje w tradycyjny (= nudny! ) sposób przyczynili się do tego
Nie rozumiem, o co chodzi... Przecież to lepiej dla tych uczniów, że są podzieleni na grupy według umiejętności!
Jestem jak najbardziej za. Dzieci mniej sprawne fizycznie poczują się pewnej na lekcji. Nie będą czuły na swoich plecach głupich uwag, typu,:"Ty grubasie" itp. Nie będzie skarg rodziców, że na lakcjach jest za ciężko. Dyrektorowi/nauczycielowi uczącemu będzie o wiele łatwiej prowadzić lekcje, a uczniowie bardziej sprawni nie będą się na nich nudzili...
A jakie to z prawdą zgodne...Ciekawe, jak oni te "badania"prowadzili...Ankiety? W których pytali uczniów, czy "nuda wyzwala w nich agresję"?
I ta "partnerska relacja"...Uczeń to ma być dla mnie "partner"? Przepraszam, czy tu biją?
A uczeń kim ma być lokajem, sługusem. Przecież są różne stopnie partnerstwa. ty tez jesteś w pewnym sensie partnerem dyrektora. Gdy wraz z wiekiem oddajesz w ręce ucznią coraz większą odpowiedzialność za swoje czyny tym samym go usamodzielniasz, pomagasz dojrzeć by mu poradzić sobie w dorosłym zyciu. Gdy cały czas chcesz prowadzić uczniów jak stado baranów to kogo wychowasz.
adner napisał/a:
Nie rozumiem, o co chodzi... Przecież to lepiej dla tych uczniów, że są podzieleni na grupy według umiejętności!
O to chodzi, że w Gazecie Wyborczej mają przeprane mózgi przez propagandystów pustego frazesu poprawność polityczna, więc gdzie znajdą jakakolwiek nierówność tam łykają jak stadko durnych gęsi i piszą.
Rodzice jednak mają inne zdanie, bo oprócz W-F ich dzieci zostały podzielone na grupy na lekcjach informatyki i języka angielskiego.
żadna głupia gęś nie sprawdziła, ze dzieje się tak wg rozporządzenia ministerstwa, że pożądane jest by na językach podział na grupy był mniej i bardziej zaawansowane.
Rozumiem, że ma swoje walory wychowawcze tworzenie klas integracyjnych. Integracja na siłę niczego dobrego nie zapewni. Można część zajęć z wuefu zrobić wspólnie, ale w większości wypadków taki podział jak w tej szkole jest dla mnie zasadny.
_________________ We gonna ride the sea,
we pray to the wind and the glory
That's why we are raging wild and free
Nie Jolly. Uczeń to dla mnie zaden "partner". Co nie oznacza, że nie zasługuje na mój szacunek i dobre traktowanie.
Uczeń to młdoy człowiek o nieukształtowanej jeszcze osobowości. Powinien się wiele jeszcze nauczyć, nie tylko polskiego i rachunków.
Co innego jest na linii dyrektor- nauczyciel. Tu masz dwoje dorosłych osób, z których każda ma określony zakres odpowiedzialności. Mogą być partnerami w tym sensie, ze mają te same prawa. I te same konskekwencje w przypadku złamania tego prawa.
Natomiast uczeń to ktoś, komu z racji wieku wiele się "wybacza". Wiele się kaceptuje takich zachować, których u dorosłych akcetpować by nie można( akceptuje w sensie- usprawiedliwia burzą hormonow, niedjrzalością itp.., łagodniej traktuje, wyciąga inne konsekwencje). Więc jak uczeń może być moim "partnerem"?
Mogę w kontrolowany sposób przydzielać mu większy zakres odpowiedzialności, ale NIGDY nie będzie on moim partnerem. Jak dorosnie, to być może. Ma znać swoje miejsce. I mówić mi "per pani". Amen.
Ale ja nawet w niektórych dorosłych nie chiałabym widzieć moich "partnerów", a co dopiero w młodym, nieupierzonym człowieku.
mam wrażenie, że wyobraziłaś sobie jedną sytuację i dlatego partnerstwo nie i basta.
Tymczasem partnerstwo nie musi oznaczać, że jutro przyjdzie uczeń i powie Yo, Hela! co dziś robimy na lekcji? Może byś zaczekała aż zjem kanapkę.
Dla uczeń jest partnerem gdy razem wymyślamy scenariusz jakiejś imprezy albo gdy planujemy wycieczkę albo ustalamy nowy wystrój sali. Partnerem jest gdy czasem ustalamy, ze dzisiaj na lekcji zrobimy XY to jutro będziemy mieć więcej czasu na ZZZ. partnerem jest gdy pracujemy nad projektem lub realizujemy lekcję z piosenką. Wiadomo, że pewne rzeczy zarządzam siła swego stanowiska, że sporo kwestii jest wyrażanych ex catedra. Jednak jeśli pozbawiasz ucznia we wszystkich obszarach określonej autonomii to nie dziwię się wynikom badań.
_________________ We gonna ride the sea,
we pray to the wind and the glory
That's why we are raging wild and free
partner w interesach (zwłaszcza gospodarczych): wspólnik, kontrahent, sponsor
partner – wspólnik spółki partnerskiej
partner w grach umysłowych, zwłaszcza w kartach, szachach
partner w symbiozie
partner w dziełach kultury:
partnerstwo – współpraca, wzajemność, zaufanie, pomoc
Na lekcji nie jestem uczestnikiem gry czy rozmowy, jestem osobą prowadzącą. Mam inne prawa niż uczeń. Mam prawo grę rozpocząć i zakończyć. Nadzoruję przebieg gry/rozmowy. Jestem jej moderatorem. Mogę pozwolić na pewną swobodę wypowiedzi, jakieś twórcze rozwiązania, ale nadal nie jestem "partnerem" i "współuczestnikiem"(nawet jeśli jestem "nauczycielem w roli" )
Nie jestem towarzyszem" dla moich uczniów, choć im "towarzyszę w drodze do rozwoju. Jestem zdecydowanie kimś więcej, jako ich nauczyciel.
Uczniowie nie są dla mnie partnerami w interesach. Owszem, mogą zebrać pieniądze(funkcja skarbnika) czy zrobić rekwizyty teatralne. Ale nadal jestem ich szefem, nie partnerem.
Co do zaufania...raczej mają u mnie ograniczone zaufanie. Z przyczyn chyba oczywistych.
To jak na drodze- ograniczone zaufanie do kierowcy...
Wzajemność- dobrze by było. Np. wzajemny szacunek. Niestety i tu uczniowie często nie są moimi "partnerami", bowiem ja ich szanuję, a oni mnie- nie.
Może ustalmy co znaczy dla ciebie słowo "partner". Bo dla mnie partnerzy to ludzie mający te same zobowiązania, prawa, obowiązki i przywileje. Dlatego mówimy np. o związku partnerskim w małżeństwie. Czy o wspólnikach w interesach.
Cieszę się, kiedy moi uczniowie wykazują się kreatywnościa i dopinguję to u nich. Staram się, by moje lekcje nudne nie były. Moi uczniowie na nudę wcale nie narzekaja, a robić bałaganu nie mają czasu. 45 minut zlatuje nie wiadomo kiedy(raczej nam brakuje czasu).
Jednakże NIGDY nie będą moimi partnerami. Tak mi dopomóż Bog
Basso profondo
Wiek: 40 Dołączył: 04 Sie 2007 Posty: 4416
Post nr 40, Wysłany: 2008-10-19, 09:55
Mieczysław Sawicki "Rozważania o szkole" (fragmenty rozdziału Nauczyciel i uczeń jako partnerzy):
Według [dominującej dziś] idei pracy dydaktyczno-wychowawczej nauczyciela z uczniem w szkole musi zapanować duch partnerstwa. Nauczyciel winien być w relacji partnerstwa z uczniem. Uczeń to partner nauczyciela w procesie kształcenia i wychowania. Słowo "partner" w języku polskim (cytuję za słownikami języka polskiego W. Doroszewskiego oraz M. Szymczaka) to inaczej "towarzysz, wspólnik, współuczestnik gry, zabawy, rozmowy, współżycia małżeńskiego, spółki handlowej". Istotą partnerstwa jest równość lub równorzędność podmiotów określanych jako "partnerzy". W partnerstwie relacje wszelkiej natury muszą być symetryczne, w przeciwnym razie jeden z partnerów staje się przedmiotem dla drugiego, jest manipulowany przez drugiego. Partnerstwo to współ-bycie czyli udział każdego z partnerów w byciu drugiego na zasadzie równorzędności.
Wobec powyższego warto się zastanowić nad tym, jak jest możliwa realizacja idei partnerstwa w szkole? Na przykład w szkole podstawowej lub w gimnazjum. Czy nauczyciel i uczeń do lat 15-16 mogą być partnerami? Czy to są równe podmioty w sensie ontycznym? Czy relacje między nimi mogą być symetryczne?
Samopoznanie i samokształtowanie siebie zależne jest od władz rozumowych duszy, czyli jest procesem, który w okresie przed uformowaniem się życia cielesnego duszy musi być wspomagany i otoczony opieką przez dojrzały byt osobowy.
"Ja" osobowe dziecka jest w stawaniu się, natomiast u dorosłego [za Edytą Stein] "dusza jako forma ciała doświadczyła już wszystkich dróg wchodzenia do wnętrza i wychodzenia na zewnątrz".
Wobec powyższego idea partnerstwa między nauczycielem a uczniem - nastolatkiem zasadza się na fałszu antropologicznym i jako taka może sprawić, iż nowoczesność zreformowanej szkoły stanie się złowroga dla perspektyw obyczajowo-społecznych narodu. Są już pierwsze tego sygnały. W niektórych szkołach podstawowych nauczyciele zachęcają uczniów do mówienia im w formie "Ty". W pierwszych klasach szkoły podstawowej (nauczanie wczesnoszkolne) wymaga się od dzieci w wieku 7-9 lat samooceny postępów w nauce, oceny swych rówieśników, a nawet oceny osobowości nauczyciela. Takie postępowanie jest idiotyzmem ze stanowiska psychologii rozwojowej, a w swoich skutkach zagraża zdrowiu psychicznemu dziecka. W ostatnich klasach szkoły podstawowej i w gimnazjum uczniowie współdecydują z nauczycielem, jaki ma być przebieg lekcji, czym mają się zajmować, decydują, kiedy ma być kontrola postępów, np. decydują, kiedy ma być pisemny sprawdzian (klasówka) i oceniają pracę nauczyciela. W gimnazjach podczas tzw zielonych szkół lub wycieczek krajoznawczych nauczyciele wspólnie z uczniami grają w karty, urządzają libacje alkoholowe w pokojach hotelowych, a język bogaty w wyrażenia rynsztokowe staje się także uwspólniony.
Uczniowie mający wartościową formację wyniesioną z domu rodzinnego wychodzą z zajęć w takich szkołach "partnerstwa" zszokowani i wewnętrznie rozbici, gdyż ich duchowość nieświadomie poszukuje autorytetu, opieki i stylu pracy pedagogicznej opartego nie na "kumpelstwie", lecz "ojcostwie" lub "braterstwie". Dzieci nieświadomie wiedzą, że dystans pomiędzy dojrzałością i niedojrzałością jest czymś naturalnym i dobroczynnym. Potrzebują tego dystansu, gdyż "międzyludzkie" musi mieć formę, kształt, w przeciwnym razie znika kultura, a pojawia się pospolitość i barbaryzm.
Błędna idea pedagogiczna "partnerstwa uczniów i nauczycieli" narodziła się jako remedium na spuściznę socjalistycznej szkoły w postaci uprzedmiotowienia ucznia. Szkoła w PRL w istocie czyniła z ucznia jedynie przedmiot oddziaływań pedagogicznych nauczyciela, podnosząc jego programowo zadekretowaną bierność do godności cnoty. W różnych momentach historii oświaty w PRL pojawiały się hasła nauczania problemowego, ale większego wpływu w praktyce nie miały. Jednak zasada partnerstwa okazuje się nie lekarstwem, lecz trucizną. Jej fundamentem bowiem jest fałszywa psychologia człowieka.
Nauczyciel, by stać się dla ucznia jego ojcem duchowym, musi na co dzień, w rzeczywistości szkolnej, dawać świadectwo swymi dobrymi uczynkami. Musi mieć prawy charakter, by uczeń mógł za nim podążać, czyli wzorować się na nim.
_________________ Nemo suo iure uti debet, ut alteri laedat.
Basso profondo
Wiek: 40 Dołączył: 04 Sie 2007 Posty: 4416
Post nr 41, Wysłany: 2008-10-19, 10:01
Dla porządku dodam, że nie jest to polemika z Jolly Rogerem, którego stanowisko też rozumiem i podzielam, biorąc poprawkę na nieco inne znaczenie, jakie nadaje pojęciu partnerstwo.
_________________ Nemo suo iure uti debet, ut alteri laedat.
To może zamiast nadużywać słowa "partnerstwo" i tworząc jakieś nowe jego definicje nazywajmy po prostu inaczej pożądaną relację między uczniem a nauczycielem?(bądź czyńmy to ...opisowo).
miwues zgadzam się z takim postawieniem sprawy. W szkole nie ma miejsca na równoprawne partnerstwo. Zreszta gdzie jest? Równouprawnienie to utopia. Nie ma go ani w zwiazkach małżeńskich ani w układach biznesowych, a tymbardziej politycznych. Mimo to mówi sie o partnerstwie Miedzynarodowej kompanii z małym zakładem na Podlasiu, między Platformą i PSL w rządzie i między nauczycielem a uczniem.
Ja jedynie chciałem zwrócić, że ucznia należy traktować jako podmiot, a nie przedmiot, a w słowach Cytryn, że nie ma miejsca na partnerstwo widziałem ucznia jako przedmiot.
_________________ We gonna ride the sea,
we pray to the wind and the glory
That's why we are raging wild and free
Basso profondo
Wiek: 40 Dołączył: 04 Sie 2007 Posty: 4416
Post nr 44, Wysłany: 2008-10-20, 15:13
Ja nie odniosłem wrażenia, że przedmiot. Cytryn napisała przecież: Uczeń to dla mnie żaden "partner". Co nie oznacza, że nie zasługuje na mój szacunek i dobre traktowanie.
_________________ Nemo suo iure uti debet, ut alteri laedat.
Wszystko jednak zaczęło się od ślepych torów komunikacyjnych. przewaznie jest tak, ze konflikt tworzy się przez to, że dwie strony mówią niby tym samym językiem, ale co innego rozumieją przez pewne pojęcia. Wystarczy przesledzić parę watków jak różnie ludzie (przez pryzmat własnych doświadczeń) postrzegają rzeczywistość. Możnaby zrobic test skojarzeniowy hasło - skojarzenie i wyjdą zupełnie czasem skrajne rzeczy.
np dyrektor - mentor
dyrektor - idiota
dyrektor - menopauza
dyrektor - kumpel
Ja napiszę dyrektor, a 4 inne osoby zupełnie co innego odczytają.
Tu konflikt żaden, bo rozumiem Cytryn choć takie kategoryczne stawianie sprawy mogło wywoływać wrażenie, ze to jakiś "nauczycielski beton", a nie całkiem sympatyczna belferzyca
_________________ We gonna ride the sea,
we pray to the wind and the glory
That's why we are raging wild and free
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum