Post nr 1, Wysłany: 2011-10-20, 08:51 Tydzień dobroci dla dziatwy
Emerycka pasja poznania historii „międzywojnia” skierowała mnie na rok 1929, a zwłaszcza jego „życie codzienne”. Między innymi na „dziatwę szkolną”, której w 1929 roku właśnie zafundowano „Tydzień Dziecka” (16 – 22 maja). Pan Minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego zezwolił nawet na zwolnienie dziatwy od zajęć.
Czy inicjatywa ta miała swą kontynuację, kto ten „Tydzień” zainicjował ? Proszę Państwa o podpowiedź.
Dziś mało kto się dla dziatwy wysila... Uprzyjemnienie zwykłego Dnia Wagarowicza i sprawienie, by dzieci chętnie pozostały tego dnia w szkole staje się wyzwaniem ponad siły dla wielu szkół, a co dopiero mówić o zapewnienie całotygodniowych atrakcji! A dziatwa, olewana przez swoich rodziców (a często nawet niektórych wychowawców na godzinach wychowawczych...) naprawdę pragnie zintegrować się z pedagogami zamiast po raz kolejny zasiadać przed zimnym, szklanym ekranem.
Uprzyjemnienie zwykłego Dnia Wagarowicza i sprawienie, by dzieci chętnie pozostały tego dnia w szkole staje się wyzwaniem ponad siły dla wielu szkół, a co dopiero mówić o zapewnienie całotygodniowych atrakcji!
A ja głupio myślałem, że to obowiązek ucznia, by uczęszczać na zajęcia.
_________________ "A teraz weźmy taką statystykę [..] zakładając, że państwa razem ze mną jest sto [..] a ja nie mam jednej nogi, to statystycznie [..] każdy z państwa ma po 1,99 nogi [...] jak cena w Biedronce."
A ja głupio myślałem, że to obowiązek ucznia, by uczęszczać na zajęcia.
Ja też tak uważam, ale jednak w niektórych szkołach, nawet tych co bardziej elitarnych (patrz: szkoła prof. Chętkowskiego) coś tam się jednak ponoć robi. Niektóre dyrekcje grają po prostu ze wszystkimi w bambuko - później ta nieliczna garstka uczniów, która tego dnia przybędzie na zajęcia (i często nie są to wcale jakieś "orły") wychodzi na strasznych frajerów, że w ogóle pojawiają się tego dnia w szkole...
A ja głupio myślałem, że to obowiązek ucznia, by uczęszczać na zajęcia.
Ja też tak uważam, ale jednak w niektórych szkołach, nawet tych co bardziej elitarnych
Elitarna to może być uczelnia wyższa. Albo klub golfowy. Liceum ostatnio stało się wytwórnią maturzystów. Więc jest tak elitarne jak piekarnia na rogu ulicy.
Hersylia napisał/a:
(patrz: szkoła prof. Chętkowskiego)
On jest magistrem.
Hersylia napisał/a:
coś tam się jednak ponoć robi. Niektóre dyrekcje grają po prostu ze wszystkimi w bambuko - później ta nieliczna garstka uczniów, która tego dnia przybędzie na zajęcia (i często nie są to wcale jakieś "orły") wychodzi na strasznych frajerów, że w ogóle pojawiają się tego dnia w szkole...
To faktycznie jest pewien problem. Ale podejrzewam, że raczej wynika to z dziwnie pojmowanego dnia 21 marca. Zamiast nauki było topienie/palenie* marzanny, przebieranie się i inne atrakcje. O ile w szkole podstawowej mogłoby to nawet być zabawne, o tyle w liceum stało się żałosne.
Przypomniały się mi słowa mojej nauczycielki historii z liceum. Tutaj trzeba dodać, że to była osoba dość sędziwego wieku. Na swoich lekcjach była zaskoczona, że uczniowie ośmielają się bawić telefonami, czy pisać liściki grzmiąc, że jako przyszli maturzyści będziemy elitą tego kraju. To chyba wystarczające świadectwo czasów.
* niepotrzebne skreślić
_________________ "A teraz weźmy taką statystykę [..] zakładając, że państwa razem ze mną jest sto [..] a ja nie mam jednej nogi, to statystycznie [..] każdy z państwa ma po 1,99 nogi [...] jak cena w Biedronce."
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum