Czarcie Sioło.

tu rozmawiamy o wszystkim czasami poważnie, czasami z przymrużeniem oka

Moderatorzy: Basiek70, służby porządkowe

Awatar użytkownika
Ingeborga
Posty: 1591
Rejestracja: 2007-10-16, 20:32

Re: Czarcie Sioło.

Postautor: Ingeborga » 2008-01-28, 17:13

- I na kim to wypróbować...? - zaczęły się zastanawiać, gdy eliksir uznały za skończony.
- Może lepiej nie na sobie... - powiedziała nieśmiało Chiczi.
- Tak, znajdźmy kogoś... - zaproponowała Dushka - tylko ciekawe, kto się zgodzi wypić taką miksturę?
Zaczęły chodzić po całym zamku, zastanawiając się, komu to dać... Nagle, całkiem niespodziewanie Akinomka przytomnie zapytała:
- A gdzie my mamy właściwie fiolkę z eliksirem?
- Nie wiem... chyba Dushka miała ją ostatnim razem - zastanowiła się Chiczi.
- Nieprawda, bo Ty!
Dziewczyny zaczęły się kłócić. Kto ostatnim razem pilnował mikstury? Jednakże do niczego nie doszły.
- Chodźmy, poszukajmy... - zaproponowała w końcu Chiczi. Ruszyły więc na poszukiwania.

Tymczasem w kuchni Świetliczanka przygotowywała kolację. Wiedziała, że niektórym do napoju musi dać jakiś dodatek, np. eliksir wzmacniający... Pilnowała wszystkiego starannie.
- Zawartość tej fiolki ma dziwną barwę... zieloną. To chyba dodający sił... - mruknęła pod nosem, wlewając do jakiegoś kubka...
...

Awatar użytkownika
malgala
Posty: 8178
Rejestracja: 2007-07-30, 18:50
Kto: nauczyciel
Przedmiot: Matematyka
Lokalizacja: łódzkie

Re: Czarcie Sioło.

Postautor: malgala » 2008-02-04, 22:16

- Zaraz, zaraz - zawołała Dushka.
- Przecież poszłyśmy do kuchni czegoś się napić. Może tam zostawiłyśmy?
- Idziemy - zdecydowała Akinomka.
W kuchni trafiły właśnie na przygotowania do kolacji.
- Dobrze, że jesteście - ucieszyła się Świetlicznka.
-Już późno, pomóżcie mi trochę.
Niezbyt zadowolone z takiego obrotu sprawy dziewczęta zabrały się za nakrywanie stołu. Nagle Chiczi zauważyła obok kubków z napojem pustą fiolkę. Była identyczna jak ta, w której miały swoją miksturę.

Awatar użytkownika
Ingeborga
Posty: 1591
Rejestracja: 2007-10-16, 20:32

Re: Czarcie Sioło.

Postautor: Ingeborga » 2008-02-05, 18:41

Stuknęła Akinomkę w łokieć.
- Auu... co jest? - Akinomka spojrzała na Chiczi pytającym wzrokiem - ochhh... myślisz?
W odpowiedzi Chiczi tylko kiwnęła głową.
- I kto to wypije...? - rzuciła w przestrzeń - powinnyśmy coś zrobić... - złapała pierwszy z brzegu kubek i wylała jego zawartość.
- Akinomko! Co Ty wyprawiasz?! - Świetliczanka mało nie upuściła tacy z kanapkami.
- Och, nic... - Akinomka odstawiła kubek, przy okazji potrącając inne - przepraszam! Ale ze mnie niezdara...
- Ponalewaj z dzbanka do kubków... - mruknęła Świetliczanka, jednocześnie zastanawiając się - co one kombinują?
Akinomka czym prędzej wykonała polecenie. Teraz powinno być wszystko dobrze...

[ Dodano: 5 Luty 2008, 18:47 ]
Nie wiedziała jednak, że resztki eliksiru zostały na ściankach naczynia...
Pomogły Świetliczance wszystko pozanosić do stołów. Podczas kolacji, całkiem niespodziewanie Renati zbladła...
- Co się stało? - zapytała Inga, przyglądając się jej uważnie. Nie wyglądała za ciekawie, jednak już po chwili jej twarz nabrała normalnych kolorów.
- Nic, czuję się dobrze...
Chiczi, Dushka i Akinomka powiodły po sobie przerażonym wzrokiem.
- Ojej! - pisnęła Akinomka - zapomniałam go umyć!

[ Dodano: 5 Luty 2008, 18:53 ]
Wszystkie trzy przypadły do Malgali i zaczeły jedna przez drugą wymieniać składniki, sposób przyrządzania i okoliczności wypadku.
- Co to mogło być? - pytały.
- Dziewczyny! To był eliksir obliviate emotion - powiedziała Ingeborga - Wiecie, co to znaczy?!
- Nie... - chór zgodnych głosów jej odpowiedział.
- No, tak... sprawia, że osoba, która go wypije traci wszystkie uczucia. W umyśle takiej osoby pozostają jedynie suche fakty... Jeśli nie zostanie podane antidotum w ciągu dwudziestu godzin, nie daje się odwrócić już skutków eliksiru...
- To bierzmy się do dzieła!
- Jest tylko jeden mały problem... - wtrąciła Malgala - nikt nie zna antidotum.

[ Dodano: 8 Luty 2008, 21:28 ]
- Krążą o nim różne legendy - dodała grobowym głosem Girena - pojawiał się przez wieki w mrokach historii, by potem znów bezpowrtonie słuch o nim zaginął. Jedyny taki, niezastąpiony środek...
- Znam to... - mruknęła Inga z niezadowoleniem - ciągle się mówi, że to jakiś mityczny eliksir z czasów Merlina albo pazur smoka, z którym walczył św. Jerzy, albo proszek ukryty w amulecie w świątyni Pytii, który to amulet został skradziony wieki temu... To wszystko kłamstwa. Czytałam dawne inskrypcje, zwoje pisane sanskrytem i nic takiego tam nie było... Widziałam resztki tabliczek z biblioteki aleksandryjskiej... Hmmm... Jestem prawie pewna, że wiem, co jest tym ostatnim składnikiem.
- Cóż to takiego? - zapytała Malgala. Słyszała wszystkie te legendy, które wymieniała Inga i doskonale wiedziała, że nie muszą być one prawdą. Jednak nigdy nie miała dostępu do zbiorów Aleksandrii, a raczej ich resztek, które Inga musiała wytropić gdzieś w muzeum... może tam jest coś o tym, jak uratować przed utratą uczuć?
- "Zimna ziemia północna skrywa najprzeróżniejsze tajemnice... wśród puszcz i borów pełnych zwierza mieszkają ludzie. Lud to pracowity i spokojny. Ich bogowie są okrutni, pragną ofiar i danin. Ich wieszczki są mądre. Jednak oprócz wieszczek zimna ziemia północna jest zamieszkała przez kobiety zwane wiedmami. Znają one czary i zaklęcia, eliksiry i mikstury, o jakich tutaj nie słyszano. Głownie z tego powodu, iż owe wiedmy posiadają różne magiczne kamienie, których my nie znamy. Ich zimne morze rodzi kamienie barwy wonnego miodu, którego też tam nie brakuje. Niegdyś gorące, teraz skamieniałe łzy ich bogiń, a droższe są ci one u nas niźli złoto. Zwane u nich jantarem, w zachodniej części bursztynem, u nas znane jako elektron kamienie posiadają ogromną moc magiczną..." - zacytowała Inga.
- Mamy użyć bursztynu? Przecie znamy go od wieków, słyszałabym o tym! - Malgala wyjawiła swoje wątpliwości.
- Ależ nie!- zaprotestowała Inga - Słuchajcie dalej... "Wyrabiene z niego przedmioty mają ogromną moc, po części od samego jantaru, po części dzięki magicznym rytuałom... Mówi się, że zaklęte wśród złocistych łez owady przydają mocy przdmiotom, które są wykonane z takiego kamienia." Czy tu nie ma przypadkiem czegoś z bursztynu?
- Jasne, że jest! - oburzyła się Girena - Mamy cały zbiór pięknych sztućców, naramienników, bransolet, naszyjników, zausznic, są też bronie, noże, sztylety... różne ozdóbki, bibelociki. Czegóż chcieć więcej? Rzadko tego używamy, bo pradawne zaklęcie wygasło i nie mają już prawie żadnej mocy...
- Mają! - upierała się Inga - Tylko trzeba trochę czarów... Czy jest chociaż jeden ostry sztylet?
- Powinien być... - powiedziała powoli Girena - Ależ jest! Tylko... chyba tępy.
- No, nic... myślę, że z tym też da się coś zrobić. Ale, ale... szybko! Nie możemy tracić czasu! Eliksir warzy się przez 12 godzin, a potem jeszcze dojrzewa przez dwie. Potrzebuję go...
- Na cóż ci stary bursztynowy sztylet...?
- Przyda się... teraz trochę greckiej magii, żeby było ciekawie. "Jest taka magia, silniejsza nade wszystko, nad los nawet i nad władzę. Bywała i silniejsza od śmierci. Czasem do zastosowania jej potrzebne było SŁOWO, czasem WŁOS, a w niektórych przypadkach KREW. Ta magia... to grecka Agape i łacińska Amicitia... to Miłość." I chyba już wiem, czego trzeba szukać... - Inga uśmiechnęła się.
- Nadal nie rozumiem... - wtrąciła się Chiczi z nieszczęśliwą miną.
- A ja owszem! - Te greckie traktaty znam, ale... chyba nie wszystkie. Co do tego o bursztynie, to nie miałam pojęcia. a więc chcesz powiedzieć, że...
- Tak, musimy poszukać Mihauu'a. Ja muszę go poszukać. Wyruszam w podróż. Przygotujcie eliksir. Ingriediencje są na stronie 2863 "Napoju bogów", regał siódmy od lochów, półka druga od dołu, książka czterdziesta siódma... nie, czterdziesta dziewiąta od lewej. Za godzinę mnie tu nie będzie. Ach, proszę, powiadomcie pilota... nie mam wyjścia, musi mnie podrzucić do stacji promów.

[ Dodano: 10 Luty 2008, 14:28 ]
- Relicher, włącz silniki, zaraz wyruszamy na Ziemię - powiedział szybko Pirx.
- Na Ziemię? A nie lepiej znowu na Marsa? - marudził Relicher. Uwielbiał latać wokół tej planety. Czasem latał tak szybko, że prawie wpadał na którąś z jego dwóch satelit. A Ziemia? Ze starych książek znalezionych na strychu u Pirxa wywnioskował, że to nic ciekawego. Może poza faktem, że jest zamieszkana...
Posłusznie włączył statek i poczekał, aż pilot wsiądzie. Wystartował.

Tymczasem w Czarcim Siole Inga zbierała się do podróży. Postanowiła zabrać tylko kilka niezbędnych rzeczy. Była całkowicie pewna, że jeszcze wróci, przecież jest potrzebna. Potraktowała ten lot jak wyjazd do większego sąsiedniego miasta. Niewiele czasu upłynęło, a ukazał się statek kosmiczny Pirxa. Wylądował, a Pirx wyskoczył zeń i podszedł do Ingi.
- I co? Już mnie nie unikasz? - zapytał, a statek zgrabnie wykręcił i zatrzymał się, gotowy do ponownego startu.
- Muszę lecieć po kogoś. Bądź tak łaskaw i zawieź mnie tam, gdzie widzieliśmy się ostatnim razem. - powiedziała niecierpliwie. Kto wie, ile czasu zajmie podróż tym pojazdem Pirxa? Trzeba prędko wszystko załatwić.
- Jasne - pilot wskoczył do środka i pomógł wejść Indze - Relicher, startuj!
Lecieli naprawdę szybko. Dzięki małym ulepszeniom pilota prawie nie było można wyczuć, że się leci.
- A ten Relicher, to tak w ogóle kto? - zapytała Inga po chwili milczenia.
- A... no, cóż.. dawno sięnie widzieliśmy, to i nie wiesz, co u mnie... Hmmm.... jakby ci powiedzieć, żeby nie skłamać...
- Rodzina? - zapytała Inga.
- Ależ nie! Jego pradziad... był eee... wynikiem nieudanego eksperymentu kogoś z mojej rodziny.
Teraz Inga prawie upuściła swój bagaż. Pirx miał w rodzinie czarownice, magów...
- Udało mu się transmutować wilka w człowieka, jednak tak nie do końca... zachowały mu się pewne wilcze cechy... a Relicher jest jego potomkiem. Pomyślałem, że skoro stracił rodzinę w walce, to mogę go przyjąć na pomocnika.
- W jakiej walce?
- Ach, szkoda gadać... przetransportowaliśmy całą rodzinę z Ziemi, żeby mieli trochę spokoju na pewną małą planetkę - B-612. Jednak mieszkańcy Diuny mieli trochę za mało miejsca. Tak, jak za dawnych czasów na Ziemi toczyły się bitwy o np. miasto lub kawałek pola, tak w kosmosie czasem toczą się walki o jakąś małą planetkę. Jedynie Relicher przeżył.

[ Dodano: 12 Luty 2008, 20:00 ]
- Dzięki - powiedziała Inga, wyskakując z pojazdu.
- Jeszcze może się na coś przydamy? - zapytał Pirx.
- Nie, dalej muszę iść sama - odpowiedziała Inga i poszła do promu kosmicznego.
Za parę minut odlatywał na tę planetkę, gdzie była ostatnio. Chociaz widziała go tylko raz w życiu, wiedziała, kogo szuka i w jakiej sprawie. Jakby wiedziała to od zawsze. Lot nie trwał wcale długo. Jako jedyna wysiadła w tym miejscu. Przerzuciła torbę przez ramię i poszła do parku za stacją odpraw. Wiedziała, że tam, w domku ogrodnika, pod strzechą z rośliny przypominającej trzcinę mieszka on. Wiedziała, jak on się nazywa i dlaczego żyje na jakiejś małej planetce, nikomu prawie nieznany, ot, jakiś tam ogrodnik. Wiedziała, tak dobrze, jak wyuczoną lekcję na pamięć. Potrząsnęła głową i odrzuciła włosy do tyłu. Poprawiła torbę na ramieniu i zastukała w drewniane drzwi. Nikt jej nie otworzył. Najmniejszy nawet szelest nie zdradzał, że ktoś tam mieszka w środku i może nawet jest w tej chwili. Zastukała jeszcze raz. I nic. W geście zniecierpliwienia spojrzała wymownie w niebo nad swoją głową. Było tak granatowo-niebieskie... zapatrzyła się. Po chwili jednak spojrzała szybko w ziemię, żeby nie dać się ponieść marzeniom... wspomnieniom... nie chciała teraz myśleć o przeszłości. Ma misję, musi ją wykonać.
Dlaczego on nie przychodzi...? Zapukała jeszcze raz, a gdy nikt nie odpowiedział, nacisnęła lekko klamkę. Ta bez większego oporu poddała się woli jej dłoni i malutki domek stanął przed nią bez żadnych barier. Weszła do izby. Drewniana podłoga była tak czysta, jakby przed chwilą ktoś ją umył, na komódce nie było nawet najdrobniejszego pyłka. Ostrożnie postąpiła dalej. W pokoju, do którego weszła było dużo światła. Okno nie miało firanek, a na parapecie stał tuzin doniczek z przeróżnymi kwiatami.
- Halo! Jest tu kto?! - ni to powiedziała, ni zapytała. Nagle usłyszała jakieś kroki. Błyskawicznie się odwróciła. W drzwiach stał pan domu z pęczkiem rzodkiewki w ręce. Łagodny uśmiech rozjaśniał jego twarz, a w szaroniebieskich oczach tańczyły wesołe ogniki.
- Krąg został zatoczony? - zapytał, jakby oczekiwał pozytywnej odpowiedzi.
- Nie - odpowiedział mu Inga ze smutkiem - przeszkodzono nam. Lecz ja tu przybywam w innej sprawie...
- Tak, słucham? - zapytał życzliwie.
- Renati... - wymówiła tylko to jedno słowo, a starczyło, by jego oczy pociemniały, a uśmiech znikł z twarzy - ona potrzebuje pomocy...
- Nie mogę jej pomóc. Ten, który mógł to zrobić już od dawna nie żyje... nikt jej nie pomoże, nic jej nie uratuje...
- Nieprawda! Pan ją kochał, prawda? - zapytała, wymawiając słowa tak szybko, jakby parzyły jej wargi.
- Czy kochałem...? Któż to wie... to nie mnie wybrała, to nie ja mogę ją uratować.
- Ja nie pytam, czy ONA PANA kochała, tylko czy PAN coś do NIEJ czuł! - prychnęła, narzucając szczególny nacisk na penw słowa.
- TO się nie liczy... nic nie rozumiesz... jesteś jak ona... a zresztą, to nie ma już znaczenia...
- Właśnie, że ma! Tu chodzi o jej UCZUCIA! Ona może je stracić...!
Było widać, że chce jej odpowiedzieć, ale nagle się powstrzymał, jakby dotarło do niego znaczenie słów Ingi. Aż siadł na krześle, które stało za nim.
- Nie ma nikogo innego...? Czy muszę być ja?
- Tak - odpowiedział już spokojna.
- A co się właściwie stało? Jak do tego doszło? Czy Oni...?!
- Och, nie... to był tylko wypadek, nic więcej... ale jaki niebezpieczny!
- Obliviate emotion? - chciał się upewnić.
- Tak. Zna pan zasady... - wyciągnęła bursztynowy sztylet.
- Ach, oczywiście... - podciągnął rękaw i wziął szytlet do rąk - Daj, ja to zrobię. Duchy dobre, duchy złe... weźcie sobie moją krew.. niech pomoże komuś żyć... niech pomoże, jak pomogą łzy żalu, co gryzie serce me od lat wielu... przyzywam Was, o mieszkańcy korzeni Yggdrasil... Mimirze, podpowiedz, mędrco... - szeptał słowa zaklęć.
- Dzięki - szepnęła Inga, jednocześnie odwracając wzrok. Poczekała, aż Mihauu napełni fiolkę. Dopiero wtedy spojrzała na niego. Nie lubiła widoku krwi.
...

Awatar użytkownika
malgala
Posty: 8178
Rejestracja: 2007-07-30, 18:50
Kto: nauczyciel
Przedmiot: Matematyka
Lokalizacja: łódzkie

Re: Czarcie Sioło.

Postautor: malgala » 2008-02-14, 16:59

Mihauu usiadł wyczerpany przy oknie. Powiedział tylko jedno słowo - idź. Zapatrzył się w przestrzeń, w granatowo niebieskie niebo i pozwolił powrócić wspomnieniom.
Na tle nieba widział jej postać. To już nie było niebo, to ukwiecona łąka a Ona biegła do niego. Uśmiechała się wdzięcznie, wyciągała ręce, jakby chciała objąć nimi cały świat. Ten uśmiech był dla niego wszystkim. Kochał go, kochał ją całą, a najbardziej Jej oczy - tajemnicze, zmieniające swoją barwę pod wpływem najmniejszych emocji, rozsiewające wesołe iskierki, a czasami patrzące z jakimś głębokim smutkiem.
To były piękne chwile. Spacerowali wśród kwiatów i traw, rozkoszowali się wszechogarniającą feerią zapachów i cudowną muzyką letniej łąki. Nigdy nie myślał, że to wszystko nagle się skończy. Wierzył, że przed nimi długie wspólne życie. Nagle pojawił się ON. Gdyby mógł przewidzieć, że sprawy przybiorą taki obrót, chyba by go zabił. Niestety, zbyt mocno Ją kochał i dlatego usunął się z ich drogi. Miał nadzieję, że na zawsze. Nie mógł przecież stawać na jej drodze do szczęścia. Tyle lat wyrzeczeń, wymazywania z pamięci tamtych dni, wszystko na nic.

Awatar użytkownika
Ingeborga
Posty: 1591
Rejestracja: 2007-10-16, 20:32

Re: Czarcie Sioło.

Postautor: Ingeborga » 2008-02-15, 20:29

Wyniósł się na jakąś nikumu jeszcze w tamtych czasach nieznaną planetkę. Założył ogród i pięlęgnował go. Oczywiście nie raz i nie dwa zjawiał się nad Ziemią w postaci orła, niejeden raz szybował nad Czarcim Siołem i czuwał z daleka nad Nią. Widział Jej drobną z takiej wysokości postać, gdy biegała po trochę zarośniętej łące, ucząc młode czarownice latania. Początkowo sama wszystkiego doglądałą, potem widywał Ją coraz rzadziej. Najwyraźniej piastowała już jakąś ważniejszą funkcję. Potem on umarł, a właściwie zginął. Był tak dumny i pewny siebie... wyzwał na pojedynek przeciwnika silniejszego od siebie i zginął. Ale wtedy Mihauu już nie mógł do nie wrócić. Było za późno, żeby mógł jeszcze cokolwiek zrobić. Ludzie zaczęli tłumnie przybywać na planetę i musiał udawać ogrodnika, który był tam od zawsze. Mówiono, że przybył z odkrywcami planety. Nie zaprzeczał. Po cóż mieli wiedzieć, że przybył tam znacznie wcześniej, niż oni?
Był od Niej "trochę" starszy, także i czas zaznaczył na jego obliczu ślady. Czasem odnosił wrażenie, że to nie on się starzeje, a planeta działa tak na niego. Nie, nie planeta... to tęsknota. Tęsknota za tą, którą stracił dawno temu. Jak dawno? Nie wiedział. Stracił poczucie czasu, samotny wśród tylu ludzi, którzy przewijali się przez tę planetkę. Samotny... dawno postanowił, że nie wróci. Ale to nie przeszkadzało mu w czuwaniu nad ukochaną... w pomaganiu Jej z tego miejsca, w którym się znajduje.
Gdy wreszcie Inga opuściła pospiesznie jego mały domek, spiesząc do Renati, odczekał, aż zniknie z pola widzenia. Wtedy grube, niemęskie łzy zaczęły płynąć po jego twarzy. Uderzył swoją dużą, spracowaną pięścią w stół. Och, jak mógł przestać nad Nią czuwać?! To przez niego... ale jak to możliwe?! Przeież podarował Jej amulet, taki medalion, który zabezpieczył wszystkimi sobie znanymi sposobami, nie szczędząc darów starożytnej magii - Miłości. Ileż zaklęć tajemnych wyszeptał, zbierając odpowiednie składniki...! Ileż godzin wlewał weń swojąmiłość w postaci magicznych wywarów zmieszanych z jego krwią...! Czy mało zrobił, żeby Ją ochronić? A jednak... a jednak nie udało mu się. Czuł z tego powodu ogromny żal do siebie i całego świata. Jeśli jest tu ktoś winny, to tylko on! Zamienił się w orła i pofrunął. Musi być teraz przy Niej, jeśli chce cokolwiek naprawić, musi tam być!

[ Dodano: 18 Luty 2008, 21:32 ]
Tymczasem w zamku czarownice, według przepisu przygotowywały eliksir.
- To jeden z najtrudniejszych eilksirów, jakie dotąd miałam okazje robić - stwierdziła Girena, a kto, jak kto, ale ona naprawdę znała się na eliksirach.
- Jeszcze brakuje nam ostatniego składnika - powiedziała Malgala.
- Nadchodzi Inga! - ucieszyła się Chiczi. Istotnie, łąką od strony lasu szła, a raczej biegła Inga. Z daleka wymachiwała ręką, w której niewątpliwie trzymała fiolkę z ostatnim składnikiem.
- Przyprowadźcie ją na zewnątrz! - krzyczała. Po chwili Renati siedziała sobie spokojnie na dużym kamieniu. W tej samej chwili Wszyscy dostrzegli jakiś cień. Był tak ogromny, że nie widzieli jego granic, co uniemożliwiało sprawdzenie, kogo lub czego to cień. Chiczi spojrzała w niebo.
- Zobaczcie! - wskazała orła, który szybował wysoko, wysoko i zataczał coraz węższe kręgi nad Renati. Inga spojrzała nań badawczo.
- Kim jesteś i czego poszukujesz? - zapytała telepatycznie.
- Jestem tu, gdzie powinienem być. Tu jest teraz moje miejsce. - usłyszała znajomy głos.
- Mihauu? - zaskoczona Inga prawie upuściła fiolkę z jego krwią.
- A kogo się spodziewałaś?
Nie odpowiedziała. Rozejrzała się za kociołkiem, podeszła do niego i wlała zawartość fiolki. Eliksir wzburzył się gwałtownie i zmienił barwę. Wzięła chochlę i przemieszała w kociołku siedem razy zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Odczekała dokładnie minutę i przemieszała zawartość jeszcze dwa razy przeciwnie do ruchu wskazówek zegara.
- Dobrze, eliksir jest już gotowy, - wlała go do kubka i podała Renati - pij.
- Jak się czujesz? - zapytała po chwili Malgala.
- Czy ja wiem? Wszytko jest mi obojętne...
- Co ja źle zrobiłam?! - Inga spojrzała na Renati z przerażeniem.
- Może źle wymieszałaś? - podsunęła Chiczi.
- Gdzie popełniłam błąd? - zapytała gorączkowo Mihauu'a.
- To ja popełniłem błąd - odpowiedział - i to dawno, dawno temu...
- Musimy coś zrobić! Jak można żyć bez uczuć?! - Inga aż spojrzała na orła. Ten zaczął lądować. Powoli, coraz wolniej i wolniej sfruwał z przestworzy. Kiedy dotknął piórami ziemi, zmienił się w człowieka.
- Ojej! - pisnęła Chiczi - Kto to jest?
- Mihauu - przedstawił się mężczyzna, podając rękę Malgali i wszystkim innym czarownicom po kolei.
- Czy da się coś jeszcze zrobić? - zapytała Inga - Myślałam, że to jest wszystko, co trzeba zrobić...
- Och, nie... to najwyraźniej działa trochę inaczej. Cóż... przepis na ten eliksir można znaleźć tylko w "Napoju bogów", tom II. Myślę, że jedyny egzemplarz, jaki się zachował jest w dziale ksiąg niedozwolonych - mruknął bez entuzjazmu.
- Jest jeszcze jedno wytłumaczenie - powiedziała żywo Ingeborga - na któryś ze składników została kiedyś rzucona klątwa...
- Tak, ale nie wiemy, jaka i nie mamy antidotum - dorzuciła przytomnie Malgala.
- Ja myślę... myślę, że jest jeden sposób. Trzeba rzucić na ten eliksir pewne zaklęcie... przy czym to nie może być pierwsza lepsza osoba... Formułka brzmi Reddera
- Ingo, masz rację! I masz również rację, mówiąc, że to nie może być pierwsza lepsza osoba - przy ostatnich słowach Malgala spojrzała znacząco na Mihauu'a. Wtedy on wziął od Ingi kubek w obie dłonie.
- Reddera - wyszeptał i podał go Renati - proszę, wypij to.
Renati wzięła od niego kubek obojętnym ruchem i zbliżyła do ust. W tej chwili spojrzała mu bacznie w oczy. Wypiła zawartość i przymknęła je. Po chwili otworzyła je z powrotem i jeszcze szybciej zamknęła.
- To ja... - powiedział powoli i wyraźnie - Mihauu...
- Wiem... co tu robisz?
W odpowiedzi porwał ją w ramiona i zaniósł do zamku. Renati zanosiła się śmiechem i próbowała mu się wyrwać, ale bezskutecznie.
- Udało się! - ucieszyła się Chiczi.
- Tak... ale pamiętaj: nie róbcie na razie żadnych eliksirów.
- Jasne - odpowiedziały zgodnie, jednocześnie szeroko się uśmiechając.

[ Dodano: 20 Luty 2008, 22:10 ]
Chiczi postanowiła wreszcie zajrzeć do tych książek o aperiremencji. Po kolacji poszła do swego pokoiku i wyciągnęła jedną spod łóżka – „ Aperiremencja od podstaw ”.
Wstęp przerzuciła dość obojętnie, bez czytania. Od razu zabrała się za pierwszy rozdział.
„Podstawy aperiremencji nie są zbyt trudne dla kogoś, kto potrafi posługiwać się magią. Najważniejsze w aperiremencji jest skupienie.”…. – po tych słowach Chiczi czym prędzej przerzuciła strony, aż do rozdziału ósmego.
„Oczywiście, musimy liczyć się z tym, że osoba, której myśli pragniemy podejrzeć, wyrzucie intruza ze swego umysłu. Działają tu silne bariery. Jednakże oprócz tych barier możemy powstrzymać intruza wolą, swoją własną wolą. Najsłabsze nasze bariery są podczas snu, dlatego warto przed snem dodatkowo się czymś ochronić przed atakami potencjalnego wroga.”
- Może spróbuję? – pomyślała Chiczi – Niektórzy już śpią…
Ostrożnie wyszła z pokoju i skierowała się w stronę jadalni. Większość czarownic skończyła kolację wtedy, kiedy i ona odeszła od stołu, ale Chiczi doskonale wiedziała, że są również takie, co jeszcze są w jadalni. W środku siedziały już tylko: Inga, Renati, Malgala i Girena. Po chwili Chiczi spostrzegła, że Renati opiera się na ramieniu Mihauu’a. Całe to towarzystwo dość żywo, jak na tę porę dnia, rozprawiało o czymś. Parę minut później Girena i Malgala wstały i skierowały się do wyjścia. Chiczi gwałtownie odskoczyła od drzwi i schowała się za dużą donicą z jakimś zielskiem, które tu przywlokła Malgala w obawie przed mrozem.
- …ale zauważ, że teraz oddamy je później, niż to zwykle bywało – Malgala poklepała Girenę po plecach – ostatnim razem musiałyśmy przygotować je do serwisowania już po miesiącu, a teraz minęło… czekaj… raz, dwa…. cztery, pięć miesięcy. Nie ma na co narzekać.
- Kiedy uczyłyśmy Renati i Ingę, oddawało się je nie częściej, niż raz na rok. Ta młodzież jest jakaś inna…
Gdy czarownice wreszcie przeszły, Chiczi wyskoczyła zza donicy i znowu zbliżyła się do drzwi.
- To ja już pójdę spać – szeroko ziewnęła Inga – jeśli jutro mam to zrobić… - wstała i obrzuciła zmęczonym spojrzeniem parę siedzącą na kanapie przed kominkiem, w którym wesoło trzaskał ogień. Pozbierała ze stolika przed sobą jakieś książki i skierowała się do wyjścia. Chiczi uważnie obserwowała, jak Inga wychodzi drzwiami po drugiej stronie sali i zamyka je starannie za sobą. Kto zaśnie?
- Ale mam szczęście! Niewiarygodne! – pomyślała, gdy zasnęli oparci o siebie. Starając się nie skrzypieć drzwiami, weszła cichutko do pomieszczenia. Chwilę odczekała – a nuż się które obudzi? Jednak nic nie wskazywało na to, żeby którekolwiek miało się obudzić, ani też nic nie uprzedzało, że ktoś może tu wejść. Stoły były już posprzątane, podłoga też. Podeszła do Renati i delikatnie dotknęła jej ramienia ręką. Ta tylko westchnęła i lekko się poruszyła.
Chiczi przymknęła oczy, intensywnie myśląc o tym, żeby wkraść się niepostrzeżenie do umysłu i wspomnień Renati. Skupiła się tylko na tym jednym pragnieniu. Pod zamkniętymi powiekami ujrzała wysokie, dębowe wrota i siebie przed nimi. Nacisnęła więc klamkę, tak ładną, ozdobną, jakiej jeszcze nie widziała. Wrota uchyliły się z cichym skrzypieniem. Chiczi weszła do jakiegoś pomieszczenia. Nagle poznała - przecież to był korytarz zamkowy, ten przy pochyłej wieży! Odwróciła się, by się rozejrzeć dokoła. Za jej plecami o ścianę opierała się Renati. Ale jaka Renati! Śliczne, kasztanowe włosy opadały jej luźno na ramiona, nie tak, jak teraz - spięte w ciasny kok. Brązowe oczy były pełne smutku, a na rzęsach wisiały maleńkie kropelki - łzy. Lekko zaróżowione policzki dodawały jej jeszcze uroku, ale cienie pod oczami ukazywały, że wielu nocy nie przespała. Twarz jeszcze lśniła od łez, gdy w głębi korytarz rozległy się kroki. Oczom Chiczi ukazał się przystojny mężczyzna, na pewno starszy od stojącej obok o jakieś 10-15 lat. Jego peleryna podróżna lekko powiewała. Pogwizdywał jakąś wesołą melodię.
- Cześć Renatko! Ejj, no... co się stało? - objął młodziutką czarownicę ramieniem.
- Wyjeżdżasz, prawda? - zapytała, podnosząc nań wzrok.
- Czy to teraz ważne? Ciesz się, kochana, że zdałaś wszystkie egzaminy. Masz teraz uprawnienia wykładowcy!
- I cóż z tego? Teraz dla mnie się liczy tylko to, że mnie opuszczasz!
- Ależ ja Cię wcale nie opuszczam! Muszę tylko wyjechać... dostałem ważną misję - miał minę zbitego psa.
- Najlepiej nic nie mów... - Renati znowu zaczęła płakać.
- Hej... wrócę...
- Idź! Nie chcę Cię znać! - odepchnęła go od siebie, gdy chciał ją pogładzić po włosach - Nic nie mów! Z tej drogi nie ma powrotu...
- Ale ja wrócę. Dla Ciebie - cmoknął ją lekko w policzek, odwrócił się i nim łopot peleryny ustał, już go nie było.
Chiczi chciała pocieszyć płaczącą, ledwo ją jednak dotknęła, znalazła się gdzie indziej. Tym razem w sali jadalnej.
Właśnie do środka wszedł jakiś chłopak. Zaczął szukać kogoś wzrokiem na sali i po chwili jego twarz się rozpromieniła w uśmiechu. Pokiwał ręką komuś. Chiczi podążyła za jego wzrokiem. Stała tam Renati i uśmiechała się w jej stronę. Jednak Chiczi doskonale wiedziała, że Renati patrzy na osobę za nią.
- Cześć.
- Cześć. Co tak późno? Zaraz zaczynamy zajęcia.
- Och... miałem małe problemy z dotarciem...
- W porządku. Po prostu pomyślałam sobie, że możesz nie zdążyć na śniadanie i pójdziesz głodny wykładać celtycie runy...
- Spokojnie... dziewczyno, nie martw się o mnie. Mihauu mówi, że wkrótce wróci - zmienił temat, połykając jednocześnie duży kęs kanapki.
- Taaak? To masz z nim kontakt? A ja?! Ty jesteś tylko jego kuzynem, a ja... - urwała w połowie zdania i przeniosła się drugi koniec stołu. Jakieś 5 minut później wszyscy wstali i zaczęli rozchodzić się do klas. Nie zdążył już jej złapać.
Chiczi wzięła głęboki oddech i pomyślałą, że woli zobaczyć coś innego. Jednocześnie przeniosło ją na polankę przed zamkiem. Już za drzewami rozpościerało się boisko do latania. Nad boiskiem śmigały młode adeptki na miotłach, jednak Renati nie zwracała na nie uwagi.
- A, to tu jesteś... - odezwał się z ulgą jakiś męski głos. Chiczi zobaczyła tego samego chłopaka, co poprzednio, tylko że teraz był nieco starszy. Wyglądał na rówieśnika Renati siedzącej pod drzewem.
- A gdzie powinnam być?
- Czy ja wiem... wiesz, że Cię kocham. Martwiłem się.
Renati spłonęła rumieńcem.
- O mnie nie musisz się martwić - powiedziała wyniośle.
- Mogę, a nawet powinienem. Jeśli się o kogoś martwi, gdy ten ktoś jest smutny, to znaczy, że się go kocha.
- Niekoniecznie...
- Dość - pomyślała Chiczi. Natychmiast znalazła się znów w zamku. Pogoda była brzydka, padał deszcz, na domiar złego widziała, że zamek jest atakowany przez jakieś istoty, które wyglądały trochę jak ludzie, a trochę, jak niedźwiedzie. Z lekcji o magicznych stworzeniach Chiczi wiedziała, że to berserkowie. A z lekcji o historii czarów, że właśnie ma miejsce atak na twierdzę Czarcie Sioło, rok 1990. Rozjerzała się. Gdzie tu jest Renati? Po chwili dostrzegła ją w tłumie walczących. Widziała, jak czarownica miota zaklęcia we wszystkie strony, widziała, jak odpiera ataki tak, jakby miała oczy dokoła głowy. Przyglądała się walce z zapartym tchem. Właśnie zauważyła na palcu Renati cieniutką, srebrną obrączkę. I zuważyła coś jeszcze - że Renati grozi śmiertelne niebezpieczeństwo - jeden berserk zbliżył się do niej niezauważony z wielką kłodą w łapskach. Zamachnął się i ...
- Renati!!! Uważaj!!! - z piersi Chiczi wydarł się krzyk. Jednocześnie to samo krzyknął mężczyzna walczący w pobliżu, jednak on zrobił coś więcej... rzucił się, zakrywając swoim ciałęm ukochaną. I to on zginął od strasznego ciosu, nie ona. Renati zapomniała, że wokół niej toczy się walka. Upadła przed nim na kolana i zaczęła płakać.
- Nie płacz... - powiedział umierający - umieram tylko dlatego, żebyś Ty mogła żyć - jego oczy zgasły.
- Nie... - wyszeptała Chiczi. Wróciła. Popatrzyła na Śpiącą i pogłaskała ją po twarzy - biedactwo...
Podeszła do Mihauu'a. Spróbowała wtargnąć do jego umysłu. Coś takiego! Znowu stanęła przed drzwiami, tylko że te był proste, mocne i tak zwykłe, jak tylko zwykłe być mogły drzwi. Nacisnęła zwykłą klamkę i weszła do środka. Niebawem zobaczyła, że jest w lesie, a przed nią idzie Mihauu i Renati, trzymają się za ręce.
- Proszę, weź to ode mnie. Ten amulet ochroni Cię przed wszystkim - Chiczi ujrzała znajomy amulet, ten, który Renati zawsze miała przy sobie. Stwierdziła, że to nie jest za ciekawe i przeniosła się do innego miejsca w jego umyśle. I znów zobaczyła ich razem. Jednakże teraz on stał przy oknie, trzymając Renati za ramiona. Wyrywała mu się i krzyczała.
- Nie chcę! Chcę, żebyśmy byli razem! Dlaczego mi to robisz?!
- Ciiii... nie będziesz ze mną szczęśliwa... i masz tylu przyjaciół. Muszę. Już nie wrócę. Nie tym razem. Pragnę Twego szczęścia. Żegnej, moja kochana Renatko - i tak, jak kiedyś cmoknął ją w policzek i gdzieś się ulotnił.
- Nie Ty decydujesz, co jest dla mnie dobre!!! Nie Ty decydujesz, kiedy mam być szczęśliwa!!! Nienawidzę Cię, Mihauu!!! Zrywam z Tobą! - zawyła. Zaniosła się płaczem. Chiczi się wycofała. Zobaczyła jeszcze krótką migawkę, kiedy to Mihauu podglądał z daleka Renati, która już wyglądała lepiej. Śmiała się i rozmawiała tym, co był prawdopodobnie jej mężem - oboje mieli identyczne srebrne obrączki. Mihauu wyglądał na nieszczęśliwego, a jednocześnie widać było, że się cieszy ze szczęścia swojej Renatki. Gdy ta migawka się skończyła, Chiczi znalazła się w jakimś pokoju. Była noc, Renati spała na łóżku. Chiczi zdziwiła się, jednak po chwili trochę się uspokoiła - znalazła w swoim polu widzenia Mihauu'a. Był za szybą, a z ruchu jego warg wyczytała takie oto słowa:
- Ostatni raz przyszedłem sprawdzić, czy wszystko u Ciebie jest OK. Żegnaj, kochana Renatko.
Chiczi domyśliła się, że to ta noc po przedostatniej scenie, jaką widziała. Gdy Mihauu odszedł, postanowiła jeszcze trochę zostać i popatrzeć na śpiącą Renati, chociaż przecież mogła wrócić i oglądać ją sobie do rana. Renati się poruszyła i błagalnie wyszeptała:
- Zostań... kocham Cię. Nie zostawiaj mnie samej. Proszę - stponiowo jej szept przeradzał się w krzyk - Nie odchodź!!! Mihauu!!! Zostań tutaj! Wróć!!!
Przestraszona Chiczi cofnęła się i wróciła do rzeczywistości. Potem poszła do swego pokoju i przygnębiona zastanowiła się, przez ile nocy Renati musiała przyzywać Mihauu'a, chociaż przecież wcześniej powiedziała, że go nienawidzi. Zrobiło jej się bardzo smutno. Przez resztę nocy płakała w poduszkę. Ile jeszcze Renati musiała wytrzymać? Co oprócz tego zdarzyło się bolesnego w jej życiu? Na razie rzuciła nowo rozpoczętą naukę aperiremencji.
Ostatnio zmieniony 2008-03-13, 23:19 przez Ingeborga, łącznie zmieniany 1 raz.
...

Awatar użytkownika
malgala
Posty: 8178
Rejestracja: 2007-07-30, 18:50
Kto: nauczyciel
Przedmiot: Matematyka
Lokalizacja: łódzkie

Re: Czarcie Sioło.

Postautor: malgala » 2008-02-24, 15:23

Relicher postanowił wykorzystać przerwę w lotach i wybrać się na mały spacer. Nie mógł od rana spokojnie wysiedzieć w jednym miejscy. Coś go ciągnęło, jakaś dziwna tęsknota zawładnęła nim całym. Powiedział Pirxowi, że idzie rozprostować kości i rozruszać się trochę po wielogodzinnym siedzeniu za sterami.
- Tylko nie zagłębiaj się w las - ostrzegł go Pirx.
- Dobrze, pójdę tylko na sam jego brzeg i poleżę trochę w cieniu drzew - odpowiedział.
Doszedł do lasu i już miał się położyć pod drzewami i trochę odpocząć. Poczuł jednak, że jakaś dziwna siła każe mu iść dalej. Obejrzał się. Pirx zajęty przeglądem maszyny wcale w tę stronę nie patrzył. Ruszył szybko wąską ścieżką i zniknął między drzewami.

Awatar użytkownika
Ingeborga
Posty: 1591
Rejestracja: 2007-10-16, 20:32

Re: Czarcie Sioło.

Postautor: Ingeborga » 2008-02-24, 16:14

Szedł tak i szedł, przedziwna tęsknota kazała mu iść dalej... nie potrafił powiedzieć, czego szuka, jedynie wiedział, że musi iść naprzód. Przedzierał się przez bagna, chaszcze, przeróżne gąszcze i wszelakie inne formy roślinności. W końu stanął przed rozpadającą się chatką, gdzieś pośród boru. Wbiegł do niej. Nie wiedział czemu, ale poszedł na stryszek. Potem zbiegł po krzywych schodkach i przebiegł po wszystkich pokojach, jakie jeszcze zostały. Czuł, że zdobył nową wiedzę, że wreszcie coś odkrył...

Tymczasem Pirx zaczął się martwić o Relichera. Gdzie ten chłopak? Nigdy nie sprawiał większych kłopotów - już Pirx potrafił go sobie wychować... a tu - od paru godzin nie wracał...
pirx poszedł do zamku, powiedzieć o wszystkim czarownicom. Może one będą wiedziały? Girena zdumiona tylko rozłożyła ręce, Renati nie potrafiła nic powiedzieć - była myślami całkiem gdzie indziej... za to Malgala zapytała:
- A kim on właściwie jest, ten Relicher? Nigdy o nim nie mówiłeś.
- No... on.. - Pirx opowiedział jego historię, a wtedy Malgala powiedziała
- No, jasne! Wiem, gdzie trzeba go szukać!

Gdy Relicher wyszedł wreszcie z domku, spotkał przed nim osobę w dziwnym stroju - przywyczajony do skafandrów i kombinezonów chłopak ujrzał jakąś kapłankę.
- Witaj, Relicherze, synu syna syna Lupusa, który żył w tych lasach i został pochwycony przez człowieka, witaj w domu, gdzie TO się stało. Witaj w domu, w którym zostało podjęte działanie, abyś mógł dzisiaj pomóc nam w walkach przeciw wrogom nie do końca ludzkich istot. Sam jesteś jedną z nich.
- Ja? A kim Ty jesteś?! Co tu robisz sama, pośród lasu... tutaj...
- Czekam na Ciebie, byś poprowadził nas do walki.
- Wariatka - pomyślał chłopak - i ten dziwny strój...
- Nazywam się Karenyna, moja babka była rysiem - powiedziała postać
- Normalnie wariatka! - pomyślał jeszcze bardziej zdumiony Relicher.
W odpowiedzi na jego milczenie Karenyna powiedziała:
- Chodź ze mną, prawnuku wilka.
- O, nie! Nigdzie nie idę! Muszę wracać.... Pirx będzie się o mnie martwił.
- Pirx? A któż to taki? Rodzina?
- Nie... moja rodzina zginęła w wypadku.

- Chodźmy, póki nie jest za późno. Ostatnio niektóre istoty są do nas niezbyt przyjaźnie nastawione... - powiedziała Malgala.
- Przydam się na coś? - zapytała Inga.
- Owszem. Poleć odebrać adeptki z wyprawy do Azji, powinny już być na wschodniej granicy. Nie mamy nikogo wolnego w tej chwili...


Inga zdołała się dowiedzieć tylko, że czarownice zostały wysłane do tybetańskiego klasztoru, by poznawać tamtejszą magię u źródeł i że są ostatnimi powracającymi adeptkami - te z Ameryk, Afryki i Australii z Oceanią już wróciły prznajmniej miesiąc temu. Ze względu na niebezpieczeństwa wschodnich granic mogły przybyć dopiero teraz. Wskoczyła więc na miotłę i poleciała.
O, jakże dawno nie latała na miotle...! Jak dla niej, było mnóstwo innych sposobów przemieszczania się, tylko, że czarownice jeszcze nie wszystkie umiały i trzeba było sprowadzić je do Czarciego Sioła w najprostszy, ale magiczny sposób. Ostatni raz... tak, to był na ostatnim roku nauki w Czarcim Siole... ścigały się z Renati na miotłach... swoją drogą, ciekawe, czy Renati również od tamtej pory nie dosiadała miotły...? Potem Renati zdawała egzaminy na uprawnienia wykładowcy, a Inga wolała kształcić się dalej, ale gdzie indziej. Bo wtedy nie było wymian między szkołami, nie było posyłania czarownic na nauki do klasztorów i świątyń, o nie... Inga sama trochę wędrowała, w niektórych uczelniach zdawała egzaminy, ale większość egzaminów ominęła, twierdząc, że dowód na to, że kiedyś czegoś się uczyła nie będzie jej specjalnie potrzebny. A potem musiała zaliczać kursy...
Inga mknęła jak błyskawica, musi zdążyć, żeby czarownice jej się nie pogubiły. Dotarła na miejsce, dziewczyny już czekały.
- OK, jesteście wszystkie? - zapytała, nie spodziewając się innej odpowiedzi niż "tak".
- Nie.
- Kogo brakuje? - Inga lekko spanikowała. Czarownice rozejrzały się po sobie.
- Miny.

[ Dodano: 24 Luty 2008, 17:02 ]
- Gdzie ona może być?! Nie powinna się zbytnio oddalać.... Musi być w pobliżu... Szukajmy! - zarządziła Inga. Sama czym prędzej rzuciła miotłę i zaczęła nawoływać Minę. Mimo poszukiwań żadna z nich nie znalazła Miny.
- To jej chusteczka! Zobaczcie! - nagle krzyknęła jedna z adeptek, wyplątując z gałązek jakiegoś krzaka cieniutką chusteczkę. Wszystkie inne zbiegły się szybko w tym miejscu.
- Rzeczywiście!
- Masz rację!
- Dobrze, mamy chuteczkę, a gdzie właścicielka? - Inga spojrzała na bieluśki kawałeczek. Cóż jej po chustce? Miała opiekować się dziewczynami! Jest za nie odpowiedzialna! Może wśród tych gałązek znajdą jakiś inny ślad bytności zaginionej? Odgarnęła zwarte, gęste pędy... za nimi była ścieżka. Śmiało wkroczyła na ścieżynę, nie zważając na niebezpieczeństwa, mogące się kryć gdzieś w pobliżu. Na końcu ścieżki ujrzała dziewczynę czymś bardzo zaabsorbowaną. Nigdy jej wcześniej nie widziała i przypuszczała, że czarownica również nigdy nie widziała jej. Dziewczyna podniosła wzrok i pokazała Indze jakiś niepozorny, zasuszony listek.
- Widzisz? To jest zielona herbata! - i uśmiechnęła się szeroko.
...

Awatar użytkownika
Mina
Posty: 104
Rejestracja: 2008-01-30, 12:25

Re: Czarcie Sioło.

Postautor: Mina » 2008-02-24, 18:51

- Bez herbarty nigdzie nie lece. Zsiadac wszystkie z miotel, jak nazbieramy trzy kilo to lecimy. A tak w ogöle, to jak sie prowadzi ten pojazd? Prawo jazdy co prawda mam, ale praktyki niewiele...

Awatar użytkownika
Ingeborga
Posty: 1591
Rejestracja: 2007-10-16, 20:32

Re: Czarcie Sioło.

Postautor: Ingeborga » 2008-02-24, 19:06

- Spokojnie... - przystopowała Inga - tu nie powinna rosnąć herbata... skąd ten listek tu się wziął? Byłyście w Azji... nie zabrała któraś przypadkiem herbaty ze sobą?
- Ja - powiedziała niepozorna dziewczyna - na pamiątkę...
- ?!
- Czytałam, że ma ogromną magiczną moc - dodała tonem wyjaśnienia.
- Jak masz na imię? - zainteresowała się Inga.
- Ginevra.
- Aha... no, to lecimy. Musimy zdążyć przed zmrokiem, jeśli chcemy dotrzeć całe.
Wszystkie wsiadły na miotły i poderwały się do lotu. Gdy lądowały nad Czarcim Siołem, niebo było pokryte tysiacami gwiazd. Na tle tych gwiazd Inga dostrzegła jakiś cień... pogoniła adeptki do zamku, a sama poszła sprawdzić, co może się dziać...
...

Awatar użytkownika
Mina
Posty: 104
Rejestracja: 2008-01-30, 12:25

Re: Czarcie Sioło.

Postautor: Mina » 2008-02-24, 19:13

Okazalo sie , ze bylo to zacmienie ksiezyca. Oplywal krwawä poswiatä jak päczek lukrem.
Siegnela rekä po slodkie pokuszenie, gdy nagle...

Awatar użytkownika
Ingeborga
Posty: 1591
Rejestracja: 2007-10-16, 20:32

Re: Czarcie Sioło.

Postautor: Ingeborga » 2008-02-24, 19:33

za jaj plecami rozległ się suchy trzask, jakby łamanej gałązki. Szybko odwróciła się. To Pirx, Malgala, Relicher i cała reszta wracała z lasu.
- Co się działo? - zapytała Malgalę.
- Och, nic wielkiego poza tym, że pewne istoty nie do końca magiczne zainteresowały się Relicherem. Przy okazji dowiedział się co nieco o swojej rodzinie - odpowiedziała Malgala.
- Chodźmy do zamku. Jest późno, ale może dostaniemy chociaż gorągej czekolady... - zaproponowała Girena. Wszyscy chętnie przystali na jej propozycję i skierowali się do zamczyska.
- A jak tam podróż? - Malgala była ciekawa, czy wydarzyło się coś niepokojącego.
- Prawie spokojnie... mieliśmy małą zgubę, ale zaraz się odnalazła...

Tymczasem Renati przez calutki ten czas rozmawiała z Mihauu'em. Już przy śniadaniu zapowiedział, że jutro wraca do siebie, więc chcieli jeszcze sobie porozmawiać.
A Chiczi gryzła się sama z tym, co wcześniej widziała.
- Chiczi, żyjesz?! - to Dushka machała jej przed nosem.
- Żyję... ale co to za życie...
- Chiczi, co się stało?! Co Ci jest?! - to Akinomka nie mogła znieść wyrazu twarzy koleżanki.
- Niektórych rzeczy lepiej nie wiedzieć... - odparła czarownica tajemniczo.
...

Awatar użytkownika
Mina
Posty: 104
Rejestracja: 2008-01-30, 12:25

Re: Czarcie Sioło.

Postautor: Mina » 2008-02-24, 19:41

Mina przyniosla jej kubek goräcej czekolady z dodatkiek chilli. Przepis jednego czarownika, z malej slowianskeij republiki Chocoffee:
- Wypij Chiczi, to cie wzmocni i rozjasni twöj umysl.

Awatar użytkownika
Ingeborga
Posty: 1591
Rejestracja: 2007-10-16, 20:32

Re: Czarcie Sioło.

Postautor: Ingeborga » 2008-02-24, 19:42

Przyjaciółki nie mogły zrozumieć Chiczi. Co ona takiego wiedziała? A może to było do nich? Że niby lepiej będzie, gdy się o czymś nie dowiedzą?
- Chiczi, jesteśmy przyjaciółkami? - Dushka spojrzała na nią badawczo.
- Co za pytanie...
- To powiedz, co Ci dolega...
- Ejjj, to było podchwytliwe! Czekaj, już ja coś odpowiem! - krzyknęła Chiczi z udawaną wesołością. Stwierdziła, że musi udawać, że wszystko jest ok, jeśli nie chce z dziewczynami o tym rozmawiać. I to nie było bynajmniej łamanie praw przyjaźni, to było chronienie praw prywatności innego człowieka.

Posłusznie wzięła kubek od Miny, ale nawet nie zamierzała tego wypić. Nauczona swoimi przygodami odstawiła go na bok, tłumacząc, że jest za gorące. Mina tylko wzruszyła ramionami i wyszła, mrucząc coś pod nosem, co brzmiało jak: "ja tylko chciałam być uprzejma". Chiczi przegnała przyjaciółki i wykręciła się, że jest zmęczona.
- Akurat! Całodniowym siedzeniem w pokoju można bardzo się zmęczyć! - prychnęła wypraszna Dushka.

Mina weszła do swego pokoju i rzuciła się na łóżko. Nie była w nim od pół roku. Nareszcie w domu! Chyba powinna zetrzeć te kurze... usiadła po turecku i zaczęła medytację. W Tybecie mieli dużo zajęć z zakresu medytacji, a Mina spróbowała połączyć magię niewerbalną z medytacją, ale jej się to nie udało. A więc zabrała się za ścieranie i rozmyślanie. Nie mogła wybaczyć Ginevrze, że wzięła trochę herbaty, wprowadzając ją w błąd. Na co jej zielona herbata?!

Dochodziła północ. Chiczi wpadła na pewien pomysł... poszła do biblioteki i zaczęła przerzucać książki o tematyce eliksirów. Miała pewien plan i zamierzała go wprowadzić w życie. Nie chciała już się więcej zadręczać historią życia Renati, ale nie chciała też stracić pamięci albo uczuć. Postanowiła więc odnaleźć i zrobić taki eliksir, który wymazuje z pamięci konkretne wspomnienia.

Mina wybrała się na nocny spacer po korytarzach. O nocnej porze były tak ciemne i opustoszałe... nigdy by nie uwierzyła, że ktoś tu mieszka, a jednak! Nawet sama pobierała tu nauki... Nie było to jej wyborem. Już od początku wiedziała, co z nią dalej będzie. Wszystkie kobiety w jej rodzinie uczyły się w Czarcim Siole, byłoby więc dziwne, gdyby ją posłali gdzie indziej.

[ Dodano: 25 Luty 2008, 18:41 ]
Spacerowała... w szybce okna wychodzącego na boisko zobaczyła pajęczynę. Cieniutkie niteczki układały się w jakiś geometryczny wzór, w jednym rogu siedział pajączek. Taki malutki, a wybudował coś tak ogromnego... Takie niepozorne maleństwo... ma taki duży dom. Mina pochyliła się nad nim.
- Nie martw się, wszystko będzie dobrze... - wyszeptała do pajączka.
Nagle zza rogu korytarza ktoś wypadł. To Chiczi odnalazła w bibliotece przepis na eliksir i prędko wracała do swego łóżka, by nikt jej nie spostrzegł. Gdy o mało nie wpadła na Minę, gwałtownie uskoczyła do tyłu. Mina spojrzała na nią wściekle. A potem będzie gadać, że ona rozmawia z pająkami! Pff!
Chiczi spojrzała na Minę. Żeby tylko nie powiedziała, że Chiczi nocą chodzi po korytarzach...
- Co tu robisz? - zapytała zaskoczona.
- Nie twój interes - odparła wyniośle Mina. Teraz Chiczi udaje miłą... zarozumiała!
- Jasne, że nie mój... - powiedziała pojednawczo Chiczi.
- To co tu jeszcze robisz?!
- Dobranoc - mruknęła nieco speszona Chiczi, umykając korytarzem. Wracając do siebie zastanawiała się, co właściwie Mina robiła na korytarzu?

Tymczasem Mina odczekała, aż Chiczi sobie pójdzie, po czym skierowała się do wyjścia. Prawie do rana spacerowała wśród lasu. Jako pierwsza w Czarcim Siole powitała wschód słońca. Jako pierwszą ją powitał w Czarcim Siole poranny deszczyk.
- Czasami dobrze jest iść wśród deszczu... jedno kropla, drugie kropla... nie widać - wyszeptała, ścierając dłonią krople wody z twarzy. Czy aby na pewno to były krople deszczu? A może... może...

[ Dodano: 4 Marzec 2008, 19:13 ]
Chiczi przeczytała ingrediencje i mina jej zrzedła. Dlaczego te potrzebne jej eliksiry mają taki skomplikowany skład?!

szklanka rosy zebranej o północy,
2 listki mięty zerwane w siódmym dniu kwitnienia,
tyle pyłku modrzewia, ile mieści się na łebku szpilki...

To były te najprostsze składniki. A skąd Chiczi ma wziąć np.: zmielone i wysuszone mysie serce?! Trochę załamana schowała przepis - zza okna zaglądały do jej pokoju pierwsze promyki słońca. Lekki deszczyk mżył...
Ostatnio zmieniony 2008-03-04, 20:20 przez Ingeborga, łącznie zmieniany 1 raz.
...

Awatar użytkownika
Ingeborga
Posty: 1591
Rejestracja: 2007-10-16, 20:32

Re: Czarcie Sioło.

Postautor: Ingeborga » 2008-03-05, 00:38

Tymczasem Relicher chciał się dowiedzieć prawdy o swoim pochodzeniu... Pirx nie był zachwycony, ale wszystko mu opowiedział.

- Żegnaj, może tym razem już na zawsze - powiedział Mihauu do Renati.
- Nie mógłbyś tu zostać...?
- Moje miejsce jest tam.
- Czemu nie przy mnie?
- Tutaj było czyjeś miejsce. Nie mogę wejść w tę pustkę, jak gdyby nigdy nic. Bo to nie pustka. To pamięć o tym, który miał odwagę oddać życie. Nie wiem, czy byłbym na to gotów. Tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono. Żegnaj, Renati!
...

Awatar użytkownika
Ingeborga
Posty: 1591
Rejestracja: 2007-10-16, 20:32

Re: Czarcie Sioło.

Postautor: Ingeborga » 2008-03-10, 21:02

Tymczasem gdzieś daleko od Ziemi o całe lata świetlne... tam, gdzie nasze Słońce nie dociera, było coś, co niektórzy porównują do nieba. Ludzie na pół przezroczyści niczym duchy jakie albo zjawy, mogli się unosić w powietrzu... Błonia wokól zamku, domków, takiej niby wioseczki położonej we mgle. Bo to mgła była fundamentem kamiennego zamku. Jednak to nie przeszkadzało nikomu - zamek trzymał się tam od dawien dawna, może nawet wtedy, gdy jeszcze na Ziemi ludzie mieszkali w jaskiniach. Tylko, że wtedy tam nie mieli żadnych zadań. Z upływem czasu i rozwojem życia na Ziemi mieli coraz więcej do roboty.
Właśnie do największej sali zamku weszła szczupła, żeby nie powiedzieć chuda kobieta o brązowych włosach spiętych w ciasny kok. Wyglądała na taką osobę, której nie powinno się sprzeciwiać. Za prostąkątnymi okularami kryły się orzechowe oczy, które miały w sobie jakiś chłodny blask.
- Wszyscy do mnie! - zaklaskała w dłonie, przywołując wszystkie żywe istoty tamtego miejsca do siebie. Rzeczywiście, po chwili sala była pełna.
- Potrzebuję ze cztery osoby - powiedziała, po czym dodała groźnym tonem - jeśli nikt się nie zgłosi, będę zmuszona wybierać.
Naprzód wystąpiły cztery osoby. Były to dziewczęta. Kobieta kiwnęła na nie głową i wyszła z sali. One natychmiast poszły za nią. Cała sala odetchnęła z ulgą. Kiedyś wyprawa na Ziemię była ciekawą, dobrą sprawą, jednak po 1945 już nie. Wprawdzie po tymże roku były tam bardziej potrzebne, niż kiedykolwiek, ale już nikt nie miał takiej ochoty przebywać na planecie dążącej do samounicestwienia. Bo jak inaczej nazwać działania ludzi, polegające na niszczeniu środowiska i siebie nawzajem?
Szła długim, wąskim i ciemnym korytarzem, na którego końcu były drzwi. To właśnie te drzwi otworzyła kobieta, zapraszając gestem dziewczyny za sobą. Pokój był dość duży, czego nie obiecywał wąski korytarzyk. Gdyby nie drzwi stojące pośrodku, można by było powiedzieć, że jest całkiem pusty. Jednakże to właśnie te drzwi się w nim liczyły. Kobieta spojrzała na wszystkie cztery dziewczęta.
- Samanto, - zwróciła się do rudowłosej dziewczyny o kocich oczach - znajdziesz się w Anglii. Musisz iść pod adres z karteczki znalezionej w swoich spodniach i podać hasło znajdujące się obok adresu. Potem wrócisz.
Samanta podeszła do drzwi, nacisnęła klamkę i już jej nie było.
- Bereniko, - tym razem te słowa dotyczyły czarnookiej blondynki, która na dźwięk własnego imienia aż się zarumieniła - Minnesota. Musisz pomóc jednemu dziecku... ono jest słabe, niepełnosprawne... nie ma się kto nim zająć. Bez tej pomocy jest skazane na pewną śmierć, ale jeśli przeżyje, może być kimś wielkim.
Berenika, jak jej poprzedniczka, nic nie odpowiedziała. Wiedziała już, że w czasie dłuższego pobytu ma zapewnione imię, nazwisko, rodzinę, dokumenty, wykształcenie, znajomych i wspomnienia. Wiedziała, że wszystkie fakty ze swojego życia tam będzie znała, jakby naprawdę to przeżyła. Podeszła do drzwi i wyszła przez nie w jakąś uliczkę o nieciekawym wyglądzie.
- Irmino, - ciemnowłosa o czekoladowej cerze zareagowała, spoglądając pytającym wzrokiem na przełożoną - Afryka. Będziesz wolontariuszką.
Irmina tylko skinęła i poszła.
- Noemi, twoim zadaniem będzie...
- Przepraszam, ale... - przerwała czarnowłosa, patrząc na przełożoną uważnie swoimi jasnoniebieskimi oczami - zbliża się Godzina Tysiąca. Przecież to godzina zerowa! Nie jest bezpiecznym wysyłać nas tam o tej porze. Trzy tysiące lat temu...
- Chwila, moment. To było, jak słusznie zauważyłaś, trzy tysiące lat temu. Teraz nic takiego jak przestawienie funkcji nikomu nie grozi. Możesz bez obaw wędrować na Ziemię.
Noemi westchnęła. Doskonale wiedziała, że ma do czynienia z kimś, kto nie znosi krytyki i musi postawić na swoim. Ale w końcy biedna Sybilla te trzy tysiące lat temu... Tu one są nieś Gdy następuje przestawienie funkcji, to podczas pobytu na Ziemi stają się nieśmiertelne tam. Jeśli uda im się podczas trwania Godziny Tysiąca wrócić, będą tu śmiertelne, jeśli odrzuci je i zostaną na Ziemi, będą tam, ale nieśmiertelne. A jak sama nazwa wskazuje, taka godzina zdarza się raz na tysiąc lat. Czyli ostatni wypadek miał miejsce nie tak znowu dano temu.
Kobieta się zdenerwowała i wypchnęła Noemi przez drzwi. Zaprowadziły ją tam, gdzie miały - do Polski. Jednak Noemi nie wiedziała, jakie dostała zadanie. Spróbowała więc wrócić. I wtedy to się stało. Jasny wir odrzucił ją od siebie, wpadła w świetlistą pętlę. W końcu wylądowała na jakiejś polance. Podniosła się. Przed nią był zamek. Och, to musiała być Godzina Tysiąca! Już nigdy nie wróci do domu! Zrozpaczona zajrzała do kieszeni, były tam jej nowe dokumenty. Zaczęła je przeglądać....
...


Wróć do „Pogaduszki”