Moderatorzy: Basiek70, służby porządkowe
ms.elephant pisze:dushka pisze:No właśnie. Nawet, gdy ktoś pije - Ty nie musisz.
Popieram! Ja gdy mogę, to piję, gdy nie mogę to nie piję. Ale zawsze się chętnie spotykam
Nawet po jednym drinku ludzie zachowują się już ionaczej. Jeśli nie pijesz z nimi, sami się od ciebie odizolują i patrzą na ciebie nieufnie. Zresztą- po alkoholu, nawet niewielkiej ilości, wzrasta ilość "słonych dowcpiów"( typu o d* Maryni) , ludzie głosniej mówią i w ogóle. Jakoś tego po prostu...nie lubię...No, taka jestem...Trudno..Cytryn pisze:Tudzież wyznaję wartości chrześcijańskie.
Czy według Ciebie osoby, które się spotykają po pracy, aby porozmawiać, pożartować i pobawić są osobami, które na pewno nie wyznają wartości chrześcijańskich??
No, akurat z tych, ktore ja znam, to raczej nie...Co nie znaczy, że nie szanuję ludzi o odmiennych poglądach. Tyle, ze trudno jakoś się razem integrować...Czy nawet jeśli wypiją przy tym kieliszek wina, bądź drinka - to znaczy, że łamią wszelkie wartości chrześcijańskie?
Kieliszek wina...No, nigdy to nie był kieliszek wina. Zawsze są drinki albo czysta. Wiesz, ja naprawdę wierzę w Jezusa. I cokolwiek robię, staram się sama siebie pytać: Czy Jemu by się to podobało? I jak dotąd- jakoś nie widzę powodu, dla którego miałabym pić wódkę...( w drinkach, czy też czystą). Po co? Ani to smaczne, ani ładnie pachnie, w dotatku człowiek po tym się głupio zachowuje...i traci kontrolę nad tym, co mówi...(co nie znaczy, że nie zdarza mi się grzeszyć w innych dziedzinach. Ale nad sobą intensywnie pracuję).Z drugiej strony, jeśli ktoś jest innego wyznania lub jest ateistą - to czy oznacza to, że nie warto już z nim rozmawiać, przyjaźnić się? Przecież dobroć człowieka nie tylko uzależniona jest od wiary.
Rozmawiać warto. Można być dobrymi znajomymi. Ale z przyjaźnią- to już jednak trudniej. Przyjaciele wspierają się nawzajem. Jeśli wyznają inny system wartości, trudno się jakoś razem wspierać...Dam przykład. Powiedzmy- ona ma faceta, mowi, że go kocha, za rok ślub. Współżyją razem, mieszkają. Ja do niej- to grzech( w co wierzę, bo jestem chrześcijanką). Ona...obraża się...
Mogę nic nie mówić. Ale ...gdzie przyjaźń, która wszak opiera się na szczerości...? Lepiej unikać takich sytuacji.
Jej życie( potencjalnego "przykładu", he, he) to oczywiście jej prywatna sprawa. Ale zaraz przyjaźń...Być może osoby, które "bliżej" poznałaś w swojej pracy, faktycznie należą do osób, które nie wyznają żadnych wartości. Takich, z którymi nie warto obcować. Ale jakoś trudno mi uwierzyć, że są to wszyscy nauczyciele...
Ależ nie. Mają swoj własny system wartości, nazwalabym go humanistycznym( ten występuje najczęściej). Dobro jest mierzone szczęściem człowieka. Moim odniesieniem zaś jest Bóg i Jego prawa.Oczywiście, do takich spotkań nikt Cię zmusić nie może. Masz prawo z nikim z pracy się nie spotykać, nie przyjaźnić. Tylko czy warto... ?
Cytryn pisze:Powiedzmy- ona ma faceta, mowi, że go kocha, za rok ślub. Wspólżyją razem, mieszkają. Ja do niej- to grzech( w co wierzę, bo jestem chrześcijanką). Ona...obraża się...
Kod: Zaznacz cały
Dlatego raczej trudno odnaleźć mi się pośród ludzi niewierzących
Jolly Roger pisze:Wartości chrześcijańskie to jedno, a potrzeba ewangelizacji to drugie.
Kategoryzowanie poglądów na dobre i złe uważam za nadużycie. Nie dziwne, ze taka osobę uważa się za wywyższającą.
Przecież to nie mój wymysł, a Boga. Skoro Jezus jest moim Panem, to żyję tak, aby się Jemu podobać. Są rzeczy ewidentnie złe i dobre. Tak to już jest ...w Słowie Bożym. Akurat dla mnie ono jest największym autorytetem. Ale co kto lubi.Jakby czuła się osoba, która wzbrania się przed jedzeniem mięsa w piątek gdybym jej obwieścił, ze to głupota wszak kiełbasa smakuje tak samo w piątek jak i niedzielę.
A co to ma do rzeczy? Jezus powiedział "sabat jest dla człowieka" a nie człowiek dla sabatu. czyli- jesz, czy nie jesz, do Pana należysz i nie ma prawa cię nikt osądzać...A post to prywatna sprawa wierzącego człowieka- kiedy pości i w jakiej intencji.
Acha- jem kiełbasę ( i w ogóle mięso) wtedy, kiedy mam na to ochotę...I forma dla mnie nie ma takiego znaczenia, jak treść. Trzeba wiedzieć, co jest ważne i jakie rzeczy sa fundamentalne, a o co nie warto kruszyc kopii( kiełbasy, he, he...)Wiem, ze ludzie z mojego pokoju nauczycielskiego spotykają się wspólnie na ogniskach związkowych, na okolicznościowych imprezach DEN, wigilia, wspólne wycieczki z socjalnego. Spotykają się w określonych grupkach prywatnie. Bywam. Szalenie to ułatwia współpracę.
Na wycieczkach widać jak dzieli się grono, które potrafi zrobić coś wspólnie (wyjazd, kino, teatr) ale naturalnie dzieli się, bo jedni idą zwiedzać kościół czy muzeum, a inni na piwo lub pójść w sklepy. Nigdy mi jednak nie przyszło do głowy, ze ten co poszedł do sklepu jest lepszy od tego co poszedł na piwo.
No, bo nie jest. WSZYSCY jesteśmy grzesznikami. Obrazując- co to ma za znaczenie, czy ktos wpadl do bagna na metr głęboko, czy na 10. Jak go wyciągniesz, to brudny tak samo.
Problem tylko z tym, czy chcesz coś z tym błotkiem na sobie zrobić...czy dalej się w nim taplać...Natomiast nie widzę problemu, żeby przyjacielowi wyznać swój punkt widzenia. Jeśli przyjaciółka obraziła się na słowa o grzechu jakim jest współżycie przedmałżeńskie to znaczy, ze sama ma z tym problem. Próbuje się oszukać, ale coś jej nie gra w tym pożyciu przedmałżeńskim. Wypiera to z siebie, a tu przyjaciółka jeszcze dołuje.
No, to był przykład abstrakcyjny. Ale masz rację, generalnie.Ja kumplowi powiedziałem, że dla mnie wielkim sk... z jego strony jest uciekanie za granicę i zostawianie dorastającej córki z babcią. Też się obraził. Pół roku później mała wyjechała sobie na wakacje. Sama z siebie. Ojciec dostał kartkę z Włoch. Osiwiał, ale wtedy do niego dotarło, że dobrze mówiłem wcześniej. Tyle, że zamiast pastwić się "a nie mówiłem" zadzwoniłem do kuzyna w Neapolu i szybko namierzyliśmy małą. Na szczęście nie zdążyła się jeszcze pogrążyć.
Czyli- postąpiłeś właściwie. I chwała Ci za to. Oby takich ludzi więcej![]()
--------------------------------.ms.elephant pisze:Cytryn, z tego co napisałaś, wynika, że jesteś bardzo głęboko wierzącą osobą. Chwała Ci za to. Masz rację, ludzi o takiej wierze nie jest zbyt dużo
Eee, tam...normalnie wierząca jestem, powiedziałabym. Myślę, że inni "wierzący" po prostu się oszukują( "kto słucha Słwoa Bożego, a nie wykonuje Go, oszukuje sam siebie"-cytat z Biblii)Ale żyjesz wśród innych ludzi, nie jesteś zakonnicą w klasztorze. Musisz się uodpornić i zaakceptować inne style życia (choć nie musisz oczywiście w nich uczestniczyć).
Otóż to.Myślę, że przy takiej głębokiej wierze, trzeba bardzo uważać, aby nie popaść w fanatyzm. Jeszcze dziś pamiętam wykrzykujące, wygrażające i obrzucające kamieniami kobiety fanatyczki - czy też dewotki, gdy na ekrany kin wchodził film pt. "Ksiądz".
To nie były osoby wierzące( tzn. to nie był przykład osób wierzących). Prawdziwy chrześcijanin nie podniesie ręki na kogoś( czy nie rzuci się pięściami) tylko dlatego, że ten ktoś ma odmienne poglądy. Fanatyzm w takim ujęciu to obrzydliwość.Dlatego raczej trudno odnaleźć mi się pośród ludzi niewierzących
Szczerze życzę Ci, aby Ci się udało
Niby tak, ale podpierając się Słowem Bożym katolicy są w zupełnie innym miejscu niż baptyści, a zielonoświątkowcy niż wspomniani świadkowie jehowy. Wszyscy "żyją" w zgodzie ze Słowem Bożym.Są rzeczy ewidentnie złe i dobre. Tak to już jest ...w Słowie Bożym.
.Jolly Roger pisze:Cytryn zaczynam rozumieć o czym mówisz? Ach te klisze.![]()
Kiełbasa to była taka nieudana próba pokazania jak można kiepsko wystartować z artykułowaniem własnych przekonań. Zresztą każdą ideę mozna skopać beznadziejnym otwarciem
No, racja...
Dlatego obrona własnych przekonań - tak, ale wartościowanie moja prawda lepszejsza niz twoja - nie.
Widzisz- dla mnie nie ma "moja prawda", "twoja prawda". Prawda jest jedna, a jest nią...JEzus Chrystus.
Niby tak, ale podpierając się Słowem Bożym katolicy są w zupełnie innym miejscu niż baptyści, a zielonoświątkowcy niż wspomniani świadkowie jehowy. Wszyscy "żyją" w zgodzie ze Słowem Bożym.Są rzeczy ewidentnie złe i dobre. Tak to już jest ...w Słowie Bożym.
Dlatego kiełbasa bedzie dla jednego prywatna sprawą, a dla drugiego seks przedmałżeński.
Wystarczy samodzielnie porozważać Słowo Boże...Ale wie, o czym mówisz. Sęk w tym, ze dla katolików jest ejszcze Tradycja prsez duże "T". stad argumentuję nie tylko z Biblii( w ktorej o kiełbasie w piątki- ani słowa...). SJ dodają sobie "Strażnicę".
Gdzie jest prawda? No, cóż. Trzeba uwierzyć, narodzić się na nowo w Chrystusie,i zacząć czytać Pismo z pomocą Ducha Świętego...od nowa.
Natomiast uciekanie z imprez integracyjnych tylko dlatego, że polał się alkohol to kiepski argument. Jezus z wesela w Kanie nie uciekł, a nawet wina dostarczył.
dushka pisze:To nie kwestia popularności, tylko - zawsze jedna strona po pewnym czasie próbuje poprawiać drugą.
Cytryn pisze: Gdzie jest prawda? No, cóż. Trzeba uwierzyć, narodzić się na nowo w Chrystusie,i zacząć czytać Pismo z pomocą Ducha Świętego...od nowa.
Wyobrażasz sobie Jezusa gadającego słone dowcipy i macającego ( kiedy już jest lekko podchmielony) koleżankę za kolano "dla żartów"?
Owszem, w Ganie było wino. Ale wesela żydowskie wyglądaly zuuuupełnie inaczej...A i Jezus, choć poczucia humoru mu nie brakowało, nie chadzał na "imprezy" popularne w tamtych czasach...Ale dobrze, niech każdy zostanie przy swoim zdaniu.